Spotkanie po 55 latach

Nie mogłam uwierzyć, że Wiesiu przyjedzie do mnie z dalekich Niemiec. To było wprost nieprawdopodobne. Ileż to uczniów pamięta o swoich nauczycielach po takim czasie. Przyznacie, że niewielu.

Zapukał do drzwi. Otwierając zobaczyłam wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę. To był on Wiesiu.

Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz miał zapewne nie więcej jak 7-8 lat.  Znałyśmy się z jego matką Teresą, też nauczycielką. Uczyła w jednoklasowej szkole w Dańczowie w pobliżu Kudowy. Czasami bywałam u nich, przyjeżdżała też moja córka Mirunia. Bawili się wspólnie i co tu mówić lubili się. Nie zapomnę nigdy wspólnej wyprawy na grzyby. Zdolności w tym kierunku to ja niestety nie miałam. Tereska wprost przeciwnie. Grzyby po prostu same wędrowały do jej koszyka. Ponieważ to była pani „dobrze wychowana” nie chciała pozbawić mnie  przyjemności zbieracza. Tak mimo chodem, chodziła koło grzyba, aż ja sama go  dostrzegłam i z radością ogłaszałam, że znalazłam i podnosiłam do swego koszyka.

Chłopcy rośli (Wiesiu miał brata) i po skończeniu „jednoklasówki”, przyszli do mojej szkoły gdzie byłam kierowniczką (dyrektorów wtedy nie było).  Uczyłam go geografii. Chłopcy skończyli szkołę podstawową a ja w tym czasie wyjechałam z Kudowy do Czerwonej Góry. Kontakty z chłopcami urwały się, ale dość długo utrzymywałam kontakt z Teresą, która niestety po pewnym czasie umarła.

Czas płynął, do Polski wkraczała komputeryzacja. Zapoznałam się z laptopem, trochę czytałam, nieco więcej pisałam, znalazłam się na Facebooku. Pewnego dnia zobaczyłam nazwisko Wiesia. Dowiedziałam się, że mieszka w Niemczech. Śledziłam jego życie. Szczegółów oczywiście nie znałam, ale wiedziałam, że przemierza tysiące kilometrów, potem był chory, znalazł się w szpitalu, potem był ogród a w nim kwiaty i rozliczne zioła, widziałam przez niego złowione ryby, oglądałam jego różne potrawy i wypieki.

Pięć  a może 4 lata temu powiedział, że czasami przyjeżdża do Polski, do swoich kolegów klasowych z Legnicy, wówczas zaproponowałam przyjazd i do Czerwonej Góry. Czas upływał,  nie miałam zapowiedzi przyjazdu. Aż w lipcu tego roku, otrzymałam wiadomość że przyjedzie 9 lipca. Ucieszyłam się, ale i zdziwiłam bo tego dnia są moje urodziny i to nie byle jakie bo 86. Czyżby pamiętał, to przecież niemożliwe! Tak pamiętał, wiedział i chciał przyjechać w tym właśnie dniu. Serce mi biło mocno, nie mogłam się doczekać, chciałam bardzo go zobaczyć i porozmawiać o wszystkim: Kudowie, Dańczowie, szkole, kolegach szkolnych, których znałam, jego mamie, o jego życiu w Niemczech, o wszystkim.

Wszystko się spełniło, rozmowy przy stole były długie i ciekawe, częściowo uczestniczyła w nich jego koleżanka a moja córka Mirunia (przyjechała z Buska). Ogromny bukiet kwiatów i upominki sprawiły mi przeogromną radość. Jeszcze dzisiaj kiedy to pisze (minął ) tydzień patrzę z rozrzewnieniem na umierające kwiaty.

Poszliśmy do Jaskini Raj, chciał zobaczyć to miejsce gdzie mój mąż pracował a którego Wiesiu przecież znał w czasach szkolnych. Wzruszyła go tablica pamiątkowa poświęcona memu mężowi jako pierwszemu kierownikowi jaskini i przewodnikowi.

Wyjechał w dalszą podróż na wschód do szkolnego kolegi.

Minęło kilka dni od jego wyjazdu a ja jestem ciągle wzruszona. Wiedziałam zawsze, że pamięć jest ważna, nie wiedziałam jednakże że ważna jest aż tak bardzo.

Dziękuje Ci Wiesiu. Bądź zdrów.

Nasturcje

Wydaje mi się, że to kwiaty zapomniane, w moim co prawda maleńkim ogrodzie działkowym nie zauważyłam, aby ktoś siał nasturcje, poza mną. Na mojej działeczce

z roku na rok, właściwie nie sieję a zasiewają się same a potem cieszą mnie ich barwy –  żółto -pomarańczowe.

Każdego roku kiedy przychodzi ich czas kwitnienia, wspominam dawne kudowskie czasy. Mieszkałam przy ul. Zdrojowej 43 na drugim piętrze, nade mną mieszkały dwie, jak mi się wtedy wydawało, nie pierwszej młodości panie. Starsza pani po jakimś czasie umarła, młodsza została. Powoli, zupełnie niepostrzeżenie zaprzyjaźniłyśmy się. Odwiedzałam jej skromne mieszkanko, które po pewnym czasie okazało się, że takim skromnym nie było.

Na wszystkich ścianach wisiały obrazy, przywiezione po wojnie ze Lwowa. Podczas transportu, panie jadąc na Ziemie Zachodnie zostały okradzione, jednakże złodziej zostawił walizkę licząc zapewne, że są tam rzeczy osobiste a nie srebra rodzinne oraz starannie zapakowane obrazy. Wśród obrazów dominowały konie, był ogromnych rozmiarów portret olejny właścicielki, wisiały liczne obrazy kwiatów, wśród nich róże i nasturcje. Jak potem dowiedziałam się wszystkie obrazy namalował prof. Kazimierz Sichulski,(1879 -1942) malarz, karykaturzysta, związany swego czasu z Młodą Polską, który początkowo pracował we Lwowie a potem na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Profesor był wielką, jedyną i niepowtarzalną  miłością pani Heleny.

W każdą wiosnę do skrzynek okiennych sadziła, takie jak na obrazie, nasturcje żółte, pomarańczowe, czerwone. Kwitły do jesieni.

Kiedy wszystko się zmieniło, kiedy pani Helena umarła, kiedy ja wyjechałam z Kudowy, pozostały po niej dwie pamiątki, obraz „Róże w wazonie”, którym obdarowana zostałam po jej śmierci,  przez kuzyna pana prof. Huberta. i te nasturcje rosnące w moim ogrodzie, które przypominają mi panią Helenę, obraz K. Sichulskiego „Nasturcje” i tą poetycką aurę,  związaną z tym skromnym kwiatem.

Dopiero nie tak dawno dowiedziałam się, że nasturcje to nie tylko piękne kwiaty, ale ze wszech miar służą zdrowiu, można je dodawać do sałatek, maceratów i nalewek.

PS. Obrazy pani Heleny po jej śmierci, zgodnie z jej wolą, powędrowały do Muzeum Narodowego we Wrocławiu.