Szczawnica, och Szczawnica

 

Kiedy nasze władze uniwersyteckie (Czyt. Chęciński Uniwersytet Trzeciego Wieku) ogłosiły zapisy na wczasy do Szczawnicy, zastanawiałam się głęboko, jechać czy nie jechać. „Za” przemawiało wiele – piękno Szczawnicy, spotkanie z długo nie widzianymi  koleżankami i kolegami (pandemia). Ale i wiele było przeciw. Dość długa jazda nie sprzyja przecież choremu kręgosłupowi. Góry też nie są najlepsze dla staruszki, bo przecież więcej jest pod górkę niż z górki. Trudno było mi się zdecydować, ale ostatecznie postanowiłam jechać, by zobaczyć jak zmieniła się Szczawnica po 22 latach nieobecności, ponadto jechała moja „przyszywana” córka Zosia i przyjaciółka Marysia.

W drodze towarzyszyła mi myśl, o domu w którym spędziłam miło kilkanaście dni w roku 1999 a także sanatorium Budowlani do którego codziennie rankiem chodziłam na basen. Mój dom nazywał się Hutnik i był budowany z myślą o  ciężko pracujących ludziach w polskich hutach.

W słoneczne, niedzielne przedpołudnie wybrałyśmy się z Zosią w te rejony Szczawnicy. Od miejscowych Szczawniczan dowiedziałam się wcześniej, że Hutnika to już dawno nie ma, ale ten najwyższy dom w Szczawnicy, zbudowany ze szkła i stali a który nazywa się Grand Pieniny, to właśnie dawny Hutnik. Stanęłyśmy przed nim, rzeczywiście wielki i wspaniały, jest na dokończeniu, myślę że za niedługo otworzy swoje podwoje. Powoli prawie tą samą drogą, którą pokonywałam 22 lata każdego ranka by móc się wykąpać,  szłyśmy w kierunku Budowlanych. To co rzuciło mi się w oczy a w właściwie w nogi, to odległość,  zmieniła się diametralnie. Wówczas przebiegałam tą trasę w kilka minut, tym razem droga  była długa, bardzo długa i trzeba było przysiadać na ławeczkach, aby dotrzeć do Budowlanych. Budowlany wypiękniał, dobudowano budynek dla SPA, otoczenie i widoki wspaniałe, takie jak dawniej. Ta droga, którą przebyłam z Zosią powiedziała mi co to znaczy różnica 22 lat.

Główny cel mojego przyjazdu został spełniony, ale poza tym było tyle piękna, tyle zwiedzania, tyle atrakcji, że nawet przez chwile nie pomyślałam, że zrobiłam źle.

Do najpiękniejszej wycieczki uważam spływ Dunajcem, pierwszy raz płynęłam jako 15 letnia uczennica, drugi parę lat temu z  „przyszywanymi córkami” Tereską i Elą. I teraz trzeci raz. I tak jak pierwszy spływ w deszczu , następny we mgle, ten trzeci w słońcu, one wszystkie były wspaniałe, niezwykłe. Gdy doda się miłe towarzystwo, i gadki góralskie flisaków, to czegóż trzeba więcej. Potem była Niedzica i Czorsztyn i płyniecie po spokojnym Zalewie Czorsztyńskim patrzenie na zaporę wodną. Ach te widoki, cudowne i niezapomniane.

Również niezwykła jest rzeka przepływająca przez Szczawnicę Grajcarek. Wzdłuż pięknych nadrzecznych bulwarów tysiące ludzi, spacerujących, jadących na rowerach, biegających i tak jak ja siedzących nad brzegiem, rozmyślając nad tym co mnie otacza a także o tych, którzy podróżują na szczyt Palenicy wyciągiem krzesełkowym.

Nasze ogniska. Było ich aż 3. Dojście jak dla mnie dość trudne. Zrezygnowałam z ostatniego. Gdybyście moi mili zobaczyli te nasze ogniskowe zgromadzenia, to nikt by nie pomyślał, że  bawi się „trzeci wiek”. Śpiewy, tańce, do upadłego,( nawet ja poproszona byłam do tańca) a potem radosne powroty.

Co mnie dodatkowo ucieszyło, ale i urzekło. Zabudowa, ta stara, ale i ta nowa nawiązująca do budownictwa góralskiego. Ileż tu nowych domów i one wszystkie czekały na turystów, którym pandemia nie pozwalała przyjechać. Teraz gospodarze liczą na wielkie przyjazdy, widać już że turystów jest co raz więcej.

Bardzo spodobały mi się tablice umieszczone na zabytkowych obiektach, które powstały dzięki PTTK. Dowiedzieliśmy się z nich, że ważnymi postaciami dla Szczawnicy był Jan Ditel rektor UJ,  założyciel Szczawnicy Węgier Szalay, Jan Wiktor pisarz pieniński i wielu innych.

Dziękuje organizatorom i wszystkim innym dzięki,  którym pobyt staruszki był piękny i niezapomniany.