Już 27 stycznia o godz. 9,00 będę w swojej przychodni zaszczepiona. Jak dotychczas wszystko idzie sprawnie. Przychodnia spełnia swoje zadanie, informuje, zapisuje a potem szczepi. Mam dobre doświadczenia przy szczepieniu na grypę i pneumokoki, które wykonałam pod koniec ubiegłego roku.
Nie lękam się o siebie, jednakże analizuje wszystko, co się mówi w środkach masowego przekazu, co mówią moi znajomi i przyjaciele, słucham i zastanawiam się.
Wśród moich rozmówców, telefonicznych przeważa pogląd, że trzeba się szczepić, bo to jedyne racjonalne rozwiązanie problemu. I mnie to cieszy, ale zdarzają się i inne poglądy.
Dzwoni moja najstarsza przyjaciółka, która powinna zaszczepić się w pierwszej kolejności i mówi, że jej lekarz nie radzi się szczepić bo jest przecież stara, bardzo schorowana i że szczepionka może jej tylko zaszkodzić. Czy to możliwe, żeby lekarz ?
Dzwonią i inne, pytając czy ja się będę szczepić, kiedy odpowiadam, że oczywiście, to po jakimś czasie mówią, że ja się też chyba zaszczepię.
Ale są i inne osoby, które zdecydowanie nie będą się szczepić, bo to „czip”, bo to sposób na ograniczenie populacji ludzkiej, bo wreszcie jest tyle przeciw wskazań, że szczepić się nie będą, bo chcą jeszcze trochę pożyć.
Próbuje być spokojna, gdyż zdecydowana większość moich znajomych bezwarunkowo chce być zaszczepiona. Co prawda są to ludzie związani ze służbą zdrowia, ale przecież nie tylko.
Dziwię się tym wszystkim, którzy są przeciw.
Tylko za mojego życia, szczepionki przyniosły społeczeństwu tyle dobrego, że wprost nie można tego przecenić. Pamiętam jak bardzo bałam się „polio”, dzieci chorowały, często stawały się kalekami, moja córka wtedy była małym dzieckiem, cierpłam na samą myśl, że i ją może spotkać takie nieszczęście. Ale stało się inaczej, nadeszły szczepionki z Ameryki. Nawiasem mówiąc wynalazcą był Polak mieszkający i pracujący wtedy w USA.
Mieszkam blisko szpitala, który budowany był w latach powojennych, dla ludzi chorych na gruźlicę, w Polsce było ich bardzo dużo a szczególnie w biednym świętokrzyskim. Ta choroba prawie zniknęła dzięki masowym szczepieniom.
Przy tej okazji przypominam sobie rok 1963 kiedy to z Azji, przybyła ospa prawdziwa, do Wrocławia. W ciągu paru dni zaszczepiono prawie 8 mln. ludzi, a 25 dni wystarczyło, by ospa była opanowana. Naszym rządzącym powinno to dać do myślenia. Okazuje się, że można szybko, bezpiecznie i z dobrym skutkiem. Uczmy się chociażby od samego diabła.
Z wirusami wszelkiej maści żyje ludzkość od zawsze. Przez wieki śmierć zbierała ogromne żniwo. Wystarczy wspomnieć o tych największych epidemiach – dżuma w XIV w. pochłonęła 225 milionów, ospa od XVI do XX wieku 300mil. a grypa hiszpanka tylko w ciągu dwóch lat 1918 -19 – 50milionów istnień ludzkich.
Można to zrozumieć, bo w dawnych czasach ludzkość była nieświadoma przyczyn epidemii, to też nie ma się co dziwić, że śmierć zabierała ludzi bez liku, ale dziś kiedy wiemy jakie są przyczyny zakażeń i wiemy co należy robić by być bezpiecznym, to zrozumieć nie można, że niektórzy nie chodzą w maseczkach, nie przestrzegają odległości, nie stosują prostych zasad higieny, a tym bardziej trudno zrozumieć, że nie chcą się zaszczepić.
Ten jubileusz to nie tyle mój, co domu do którego przybyłam z dalekiej Kudowy Zdroju, nocą 13 stycznia 1971r.
SAMSUNG CAMERA PICTURES
A tak opisałam to wydarzenie w swojej książce „Raj na tej ziemi”.
„Do Kielc przyjechałam po południu. Mróz nie zelżał, czerwono zachodziło słońce. Zapytałam taksówkarza, stojącego przed dworcem PKS, o Czerwoną Górę. Zdecydował się pojechać za 100 zł. Wsiadłam. Jechaliśmy w kierunku Krakowa. Droga wydawała mi się długa i daleka. Patrzyłam na mijane krajobrazy, które nie robiły na mnie dobrego wrażenia, szczególnie brzydkie wydawały mi się drewniane domy ciągnące się wzdłuż drogi. Nieco się zmieniło, gdy taksówkarz zaczął opowiadać: – Mijamy Nowiny, wielką nowoczesną cementownię, po prawej stronie jest nowo odkryta jaskinia, Raj, a przed nami wieże i ruiny starego zamku w Chęcinach, który pamięta czasy Łokietka. Patrząc jeszcze na zamek, skręciliśmy w prawo. Taksówkarz zmniejszył szybkość, gdyż zaczęliśmy jechać pod górkę, pokonując liczne zakręty. Ściemniało się. Nie ujechaliśmy kilometra, gdy ukazały mi się piękne dwupiętrowe domy, położone na tarasach, wśród sosnowych drzew. W białym śniegu odbijało się ciemne, jeszcze niezamieszkane, osiedle. Tylko w dwóch oknach paliło się światło. Wysiadłam. Przez ogromne okno zajrzałam do wnętrza. Zobaczyłam duży, pusty, piękny pokój wyłożony parkietem. Drugi pokój był podobny. Nie wierzyłam własnym oczom, że tyle mieszkań może stać pustych przy takich brakach mieszkaniowych. Miły pan, który czekał na swoją pasażerkę, wyjaśnił, że lada dzień otwarty będzie szpital w Czerwonej Górze, a te puste mieszkania czekają na przyszłych pracowników. Ja wiedziałam ponadto, że tu, w jednym z tych domów, ma być zlokalizowany Wojewódzki Ośrodek Doskonalenia Kadr Medycznych. Nadszedł dzień 13 stycznia 1971 roku. Wyjechałam z Kudowy. Droga była długa i uciążliwa, przed północą znaleźliśmy się na miejscu. Ktoś otworzył drzwi, powoli wnoszono moje meble, z wielkim trudem poradzono sobie z ciężkim pianinem. Wreszcie odjazd. Zostałam sama, przeraźliwie sama, w dużym, pustym dużym budynku. Nie znam nikogo poza moją siostrzenicą, która mieszka w Kielcach”.
Z tym domem, ale i z osiedlem związałam całe moje dojrzałe zycie, 50 lat. Jest to miejsce, które kocham i nie zamieniłabym na nic innego nawet na dom w Kudowie, którą również kocham nie mniej.
Czerwona Góra, w której znajduje się ten dom, to urokliwe miejsce. Położona jest wśród wzgórz i lasów sosnowych z bogatym podszyciem leszczyny, jałowca, dębu, berberysu i dzikiej róży. Nieopodal znajduje się nieczynny, historyczny kamieniołom z którego bloki marmuru transportowano w XVI wieku do Warszawy aby zbudować kolumnę króla Zygmunta.
Osiedle budowane było w latach 60-tych ubiegłego wieku. Projektowała go, kobieta – architekt. Osiedle składa się z 9 budynków wkomponowanych w skarpy dolomitowe, porośnięte sosną. Nieopodal górują budynki szpitala.
Ktokolwiek znajdzie się w Czerwonej Górze po raz pierwszy, jest zachwycony zarówno położeniem, otoczeniem, przyrodą jak i architekturą. Dzisiaj dawny żłobek i przedszkole zamienił się na dom spokojnej starości. Dawny hotel pielęgniarski stał się dużym domem mieszkalnym. 7 budynków stoi tak jak 50 lat temu. Nic nie wskazuje na to, że to są stare domy, wręcz przeciwnie ma się wrażenie że to wczoraj budowane. Domy maja ciekawe kształty, są odnowione, lśniące i zadbane. Przed każdym domem możemy zobaczyć piękny ogród o które dbają sami mieszkańcy. Na osiedlu mieszkają już nie tylko pracownicy służby zdrowia, ale ludzie, którzy szukają piękna, spokoju i wygody, często z dziećmi.
Mój dom nr 7 przez pierwsze 10 lat był siedzibą Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Kadr Medycznych o który dbałam, a w pierwszym roku z ogromnym zaangażowaniem urządzałam. Ktokolwiek tu się znalazł,( przyjeżdżających na szkolenia lekarzy, pielęgniarek i innych pracowników służby zdrowia można liczyć nie w setkach, ale tysiącach) był oczarowany, bo rzeczywiście było pięknie, schludnie, estetycznie i rodzinnie.
W stanie wojennym, w ciągu dwóch dni, ośrodek przeniesiony został do Kielc, a domem w którym mieszkałam zarządzał szpital. Natychmiast zagęścił się. Mieszkania przydzielono pielęgniarką, ale i innym pracownikom szpitala z rodzinami. Było głośno, czasami zbyt głośno. Po różnych zmianach, wyprowadzkach i przeprowadzkach, obecnie w naszym domu mieszka dziesięć rodzin.
Moje 3-pokojowe mieszkanie było i jest dla mnie prawdziwym azylem i miejscem, które kocham nad życie. Staram się by było zadbane i piękne. Kocham obrazy i książki, to też jednych i drugich nie brakuje, w tym prac w postaci obrazów i gobelinów Miruni, mojej jedynej córki.
W Czerwonej Górze przeżyłam wszystko co najlepsze i najgorsze w życiu. Przede wszystkim przeżyłam śmierć rodziców, potem śmierć jedynej siostry, jej męża i jej syna, wreszcie Tadzia mojego męża, a ostatnio zięcia, który o Czerwonej Górze zawsze mówił: „To Szwajcaria, prawdziwa Szwajcaria”.
Żegnałam także mieszkańców naszego domu; Krzyśka, który całe lata umilał nam grą na gitarze, Małgosi, mojej „przyszywanej córce”, której zapomnieć nie sposób.
Były i chwile wielkich radości. Ślub Miruni (ten pierwszy, ale i ten drug). Urodziny mojej wnuczki Aleksandry w szpitalu kieleckim, jej ślub w Warszawie i narodziny jej córki Emilki, która w tej chwili ma już 14 lat.
Śluby dotyczyły nie tylko moich najbliższych. Życzenia składałam w imieniu mieszkańców wszystkim tym, którzy wychodzili z tego domu licząc że nowa droga życia będzie świetlana i pomyślna.
Wielkim szczęściem było dla mnie ukończenie przez córkę studiów magisterskich i doktoranckich a także jej pisanie i wydawanie kolejnych książek. Cieszyły mnie sukcesy gdy wydawała swoją „Gazetę Ubezpieczeniową”, a teraz sukcesy Oli, nawet w dobie pandemii, która odziedziczyła gazetę po matce.
Tu w tym mieszkaniu powstawały i powstają wszystkie moje myśli i plany życiowe te związane z pracą zawodową i dawną pracą społeczną – w Polskim Związku Działkowców, w Niezależnej Inicjatywie Europejskiej „Nie”, w SdRP, w samorządzie osiedlowym a w ostatnich latach w Chęcińskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Tu pisałam zaznajamiając się z tajnikami komputera, książkę o Kudowie –„Nie warto było?” i Chęcinach „Raj na tej ziemi”.
Z wszystkich osiągnięć jakich było przecież dość dużo, najważniejsze okazały się przyjaźnie z moimi „przyszywanymi córkami”. Czas mija i wszystko wydaje się zmienne i nietrwałe, a okazuje się, że zachowała się bliska znajomość i przyjaźń z moimi „przyszywanymi córkami”. Gdyby nie śmierć Małgosi byłoby ich 5: Bogusia, Ela, Zosia, Tereska. Mój dom, stoi zawsze dla nich otworem (zresztą nie tylko dla nich), mogą tu przybyć zawsze, o każdej porze dnia, ze zmartwieniami, kłopotami i radościami. W ostatnich latach stały się także przyjaciółkami mojej córki, która chętnie przyjeżdżała i przyjeżdża z Warszawy. Razem spędzamy wiele czasu, imieniny, urodziny, spotkania z powodem i bez powodu, dziwie się czasem, że moja starość im nie przeszkadza. Ile rozmów, ile dyskusji na najdziwniejsze tematy, odbyło się tutaj przy stole, trudno zliczyć. Ile za i ile przeciw, też trudno zliczyć. Bez nich życie moje byłoby smutniejsze i zdecydowanie uboższe. W każdej chwili możemy liczyć na siebie. W dzisiejszych czasach przecież trudnych, uczucie przyjaźni jest nie do przecenienia.
Nasz dom, na swój jubileusz doczekał się dużego prezentu – wielkiego remontu klatki schodowej. Jest wszystko czego może sobie życzyć stary dom – nowa elektryka, światłowody, sieć telefoniczna, domofonowa, pomalowanie wzdłuż i wrzesz, estetyczna poręcz i płytki bez poślizgu. My mieszkańcy jesteśmy dumni, że udało się to wszystko zrobić i to wcale nie za małe pieniądze, a ja najstarsza mieszkanka, jestem szczęśliwa, że w końcówce swego życia mogę mieć wpływ, tak jak w pierwszych latach, na zmiany w nim zachodzące.