O spotkaniu z książką i jej autorką

Jeżeli to będą czytać mamy, wszystko jedno czy bardzo młode, młode, starsze  czy zupełnie stare, każda z nich zapewne powie, że  największym szczęściem jest mieć   dzieci, a jeżeli jeszcze do tego dobre i mądre dzieci, to szczęście wtedy nie zna granic.

 Ja niestety jestem w grupie tych najstarszych mam, ale może dlatego moje szczęście trwa długo, bardzo długo, bo całe 66 lat. Pisze o mojej córce Miruni.

Jakież to było wielkie szczęście gdy w izbie porodowej w Kudowie, przyszła na świat mała, może nie zupełnie mała, bo ważyła 3,85 kg. dziewczynka. Rosła, chyba też nie tak szybko, jakby młoda mama chciała. Praca, praca, szkoła, szkoła, początek studiów i maleńkie dziecko. Pieluchy tetrowe, pranie i gotowanie w poniemieckim wielkim kotle, prasowanie. Noce nieprzespane, spacery, częste choroby i tak w koło, ale radość była zawsze wielka. Żłobek (to chyba najgorszy okres, bo nie mogłam znieść płaczu gdy się oddalałam), potem przedszkole. Lubiła go, uczyła się chętnie  wszystkiego, śpiewała, malowała, przedstawiała, zaczęła czytać. Potem klasa pierwsza, i następne. Same radości,  piątki, nagrody, udziały w konkursach, olimpijskich eliminacjach.

Nic się nie zmieniła gdy stała się uczennicą Liceum Sztuk Plastycznych. Zupełnie niespodziewanie dla mnie po 5 latach nauki, zmieniła zainteresowania i stała się studentka na studiach politycznych. Nie protestowałam, przyjęłam z pokorą może i dlatego, że polityka interesowała mnie od zawsze, tak zresztą jest do dziś. Doktorat.

O ślubach pisać nie będę, ten pierwszy już się nie liczy, a o tym  drugim choć ważny, można tylko myśleć, wspominać męża z za grobu.

Wczoraj radość moja była wielka. Przyjechała z odległej Warszawy, tak jak zwykle, co dwa tygodnie i przywiozła ze sobą ostatnio wydaną książkę „Suknia i fartuszek”. Jest to jej ósma książka. Nie wszystkie dotyczą masonerii. Pisała o Boy, o Starkiewiczu na Górce w Busku Zdroju, a nawet o harcerstwie. Z ostatniego tytułu można się domyśleć, że jest to książka na temat masonerii z którą związana jest prawie 30 lat. Obserwuję ją jako matka od zawsze, również w tym ostatnim masońskim okresie. Powoli, ale ciągle zmienia się, z dobrego na  lepsze. Jest mądra, rozważna, dobra, co raz  spokojniejsza. Człowiek dla niej jest najważniejszy. Uwielbiam nasze dyskusje na różne tematy: polityczne, religijne, rodzinne o  sprawach i problemach innych  ludzi.

I ja stałam się spokojna, wiem, że mogę na nią zawsze liczyć, nigdy nie zawiodła, zawsze dotrzymuje słowa, nigdy się nie spóźnia, jest jak opoka.

Z wielką radością  powitałam w tym dniu moje „przyszywane córki”, siostrzenicę Anię i przyjaciółkę Marysię, które zechciały skorzystać z naszego zaproszenia i przyszły na spotkanie z Mirunią i jej książką. Moje „przyszywane” córki to inne zagadnienie,  jestem szczęśliwa, że i one są w moim życiu długie, długie lata. Dziękuje Wam „dziewczynki”.

Mord z przeszłości!

Kiedy Marta ogłosiła, że jedziemy na wycieczkę do Michniowa, wiedziałam natychmiast że pojadę. W tym miejscu byłam po raz pierwszy w latach 70- tych i zapamiętałam go na zawsze. Liczba 204  i 9 dni kotłuje się w mojej głowie od tego właśnie czasu. 204 to ilość osób zamordowanych, spalonych w domach i stodołach a 9 to najmłodszy człowiek – dzieciątko zamordowane tuż po urodzeniu, przez hitlerowców. Aż dziwne, że przyjeżdżając na Ziemie Świętokrzyską, prawie 30 lat po wojnie nie wiedziałam o tym miejscu i bestialskim morderstwie. Sądzę, że wszyscy ludzie mieszkający tutaj o Michniowie wiedzą, ale jeżeli nie, to dla przypomnienia o tym piszę.

O Michniowie dowiedziałam się z wykładu mecenasa Andrzeja Jankowskiego w latach 1972 może 73. Ciekawie i z wielkim zaangażowaniem mówił o Piwniku „Ponurym”, o Wykusie miejscu stacjonowania partyzantki, o „Motorze”, który jak potem się okazało był szpiclem niemieckim, o miejscowych chłopach, którzy pomagali chłopcom z lasu. Pan Jankowski jeszcze żyje, a nawet był na otwarciu Mauzoleum Wsi Polskiej.

Mój „pierwszy” Michniów to stary dom a w nim izba z nielicznymi pamiątkami po tragedii.(spłonęły) Oprowadzała nas wtedy pani Maria Grabińska, której udało się przeżyć, gdyż ze swoim półrocznym dzieckiem  zdołała uciec do lasu. Dzisiaj pani już nie ma, ale długo służyła jako przewodnik i opiekun tego miejsca, aż do roku 2003 kiedy to zmarła. Kustoszem był również pan Tadeusz Obara, michniowianin, świadek pacyfikacji, który umarł w roku 2006 a obecnie jest młoda pani Ewa Kołomańska.

Pomnik na zbiorowej mogile jest ten sam, który powstał z inicjatywy mieszkańców, tuż po wojnie. Na czerwonym piaskowcu wyryto nazwiska zamordowanych. Czytam, jeszcze raz i jeszcze raz i ciągle nie dowierzam, z rodziny Wikło zginęło 19 osób, z rodziny Materków 11, z rodziny Obarów 10 osób. Nie do uwierzenia! Stawiamy znicze, jedni  mówią pacierz, inni pełni zadumy zastanawiają się nad strasznym ludzkim losem. Zapalamy znicze.

Ci którzy mieli „szczęście” i nie zginęli , zostali wysłani do  obozów koncentracyjnych w tym do Oświęcimia, lub na roboty do Niemiec.

To miejsce pamięci ma długą i ciekawą historię. W dniu 22 lipca 1977r. wieś została uhonorowana przez Radę Państwa, Krzyżem Grunwaldu III klasy. W dwa lata później Główna Komisja  Badania Zbrodni Hitlerowskich zgłosiła pomysł utworzenia ogólnopolskiego Mauzoleum Męczeństwa Wsi Polskich. Wybór padł na Michniów. W latach następnych powstał komitet organizacyjny, następnie komitet honorowy, a w roku 1991 powołana została Fundacja „Pomnik – Mauzoleum Pomordowanych ” w Michniowie. Najwięcej starań w tym zakresie wykazało Polskie Stronnictwo Ludowe..

Obecnie Mauzoleum składa się z Domu Pamięci Narodowej, Sanktuarium Męczeńskich Wsi Polskich, cmentarz i mogiły pomordowanych oraz rzeźba Pieta Michniowska.

Po oddaniu hołdu pomordowanym przy mogile, idziemy do Sanktuarium. Wrażenie niezwykłe. Architektura budynku też  niezwykła, ma przypominać chaty chłopskie, które w swej końcówce ulegają całkowitemu zniszczeniu. Przez boczne rozdarcia wpada światło, które ma symbolizować życie, ale i trwogę umierających  michniowian. Wszystkie ściany wykonane są z impregnowanego drzewa z jakiego wykonane były ówczesne chałupy chłopskie.

 We wnętrzu – liczne wystawy, obrazujące życie ludzi w przedwojennej biednej wsi świętokrzyskiej, walkę w konspiracji i tu liczne zdjęcia partyzantów. Największe wrażenie zrobiła na mnie fotografia na której widzimy część dowódców Zgrupowania: „Nurt”, „Ponury”, „Mariański” a w śród nich „Motor” uśmiechnięty i zadowolony, agent niemiecki, który był bezpośrednim sprawcą tego mordu.

Potem obrazy z pacyfikacji. Niemcy, płonący dom pana Materka, tlące się zgliszcza domu Obarów, szczątki ludzkie w zgliszczach zagrody Walentego Dulęby, ciało dziecka spalonego w czasie pacyfikacji. Ciarki przechodzą po ciele.

Czytam różne zarządzenia Generalnego Gubernatorstwa np. o obowiązkowych dostawach, co i ile należy dostarczyć, co grozi gdy nie wypełni się nałożonych kontyngentów, jakie chłop może otrzymać „nagrody”, jedna z ważniejszych nagród to wódka.

Wchodzimy w ciemny korytarz, tutaj znajduje się wystawa poświęcona Żydom i tym wszystkim mieszkańcom  wsi polskich, którzy ukrywali ich, dając schronienie. Nazwiska osób, które otrzymały medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Powoli wychodzimy na zewnątrz. Przed nami las krzyży. Każdy z nich obrazuje zniszczoną wieś a takich w Polsce było ponad 800. Jeszcze raz spoglądam na Pietę, na pomnik – grób, wiem, że nigdy tego nie zapomnę. Może dlatego, że sama jestem dzieckiem wojny.

Droga E-7

Dni biegną jak szalone. Od dnia zmarłych upłynął już tydzień a ja ciągle myślami jestem w drodze, na cmentarz do Sosnowca.

 Minęło pół wieku gdy tą drogą niezmiennie (nie taką samą ) jedziemy. Początkowo gdy rodzice moi jeszcze żyli, jeździliśmy raz lub dwa razy w miesiącu. Potem gdy zabrakło taty a potem mamy, podróże stawały się rzadsze, dwa, trzy razy w roku i tak jest do dziś. A kiedy zabrakło i Tadzia (męża) jedziemy z córką mniej więcej z tą samą częstotliwością. Obowiązkowo na Wszystkich Świętych. Jakże mogło by być inaczej. Jedziemy samochodzikiem i  wspominamy, dokładnie tak samo jak  wczoraj, i jak przed laty.

Jeszcze nie tak dawno do samochodu zabierałyśmy akcesoria służące do sprzątani: wiadro, szmaty, szczotki, środki czyszczące, kwiaty, wiązanki, długie wieńce, które sama plotłam, a które otaczały cały duży pomnik, no i oczywiście światła. Po dwóch i pół godzinach jazdy( dzisiaj wystarczą 2 godziny, droga nie ta, zdecydowanie lepsza), wysiadałyśmy sprzątając i szorując nagrobek. Od pewnego czasu, kiedy to stałam się autentycznie starszą panią, sprzątanie przekazała córka firmie sprzątającej, która ze swoich obowiązków wywiązuje się zupełnie dobrze.  Tym razem wieziemy ze sobą tylko wiązankę wykonaną już nie przeze mnie a znawczynią tego rzemiosła z Chęcin, resztę kupi się przed cmentarzem.

Wspomnień nie brakuje. Mówimy o tym samym co rok temu, 10 i 20 lat temu. Droga dobra, jest ciepło i słonecznie. Samochodów niewiele jedzie w tym samym kierunku co my, znacznie więcej w przeciwnym. Wiemy dlaczego tak się dzieje, otóż są to ludzie  ze Śląska i Zagłębia, którzy w minionych latach będąc mieszkańcami biednej Ziemi Świętokrzyskiej,  przyjechali tutaj  w poszukiwaniu pracy i znaleźli ją w licznych zakładach, głównie w Hucie Katowice, a działo to się szczególnie w dobie Gierkowskiej. Jadą by odwiedzić groby swoich bliskich.

Przed nami różne drogowskazy – Jędrzejów, Wolbrom, Skalbmierz, Tunel itp. Nie mogę nie przypomnieć córce, która o tym już dobrze wie, że tutaj w okupację moja mama przyjeżdżała na handel. Trzeba było jakoś żyć, a na wsiach,  w domach chłopskich można było czasami wymienić artykuły kupione nielegalnie u  Żydów, (zanim ich nie stracono w obozach), na chleb, mąkę, fasolę, kaszę.

Powoli zbliżamy się do Książa Wielkiego. I tu następne wspomnienia. Tą drogą w latach, 80 ale i 90-tych jeździłam służbowo do Krakowa. Bywało, że jechałam z prof. Henrykiem Belowskim przewodniczącym Rady Programowej Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Kadr Medycznych w Kielcach, którego byłam dyrektorem, na spotkania szkoleniowe do Akademii Medycznej. Pewnego dnia jadąc tą droga i będąc przed Książem Wielkim, profesor zaczął ciekawie i barwnie opowiadać o swoich polowaniach na króliki. Byłam zdziwiona, dotychczas myślałam że poluje się na zające, ale żeby na króliki? Profesora już dawno nie ma wśród żywych, jego urna z prochami dość długo gościła w  domu, zanim znalazła miejsce na cmentarzu. O tym niezwykłym człowieku myślę często, bo był wzorem, bardzo dobrego, mądrego i życzliwego człowieka, poza tym był wspaniałym chirurgiem i  uczonym.

Już jest Książ Wielki – tu na początku wieku XX urodziła się moja chrzestna Emilia, która długie lata żyła w Sosnowcu na tzw. Szywałówce, by swoja drogę życiową zakończyć na cmentarzu Niwka Modrzejów. Z dala widnieją wieże starego zamku, który  zwiedzałam w czasie gdy zamek był siedzibą szkoły.

Przy drodze już od dawna stoi restauracja Zameczek. Dawny brzydki dom w którym też była restauracja i hotel, nowi właściciele prawdopodobnie Świadkowie Jehowy, zamienili w prawdziwy zameczek, otoczony niezwykłym ogrodem. Wiele razy  zatrzymywaliśmy się z Tadziem, Mirunią, Anią, gdzie jedliśmy różne, najczęściej regionalne potrawy, ale  wspominamy najczęściej  gruszki w sosie waniliowym. Przed restauracją stoi wiele samochodów. Znają renomę tej restauracji.

Zatrzymywaliśmy się tutaj i wcześniej, w tej brzydkiej, starej restauracji, ale to z siostrą Irenką i szwagrem Zenkiem, by zjeść karpika lub doskonałego tatara. Oni  już jechać nie mogą, nie mogą z nami wspominać, gdyż  dawno umarli by patrzeć na nas z tego „w lepszego świata”.

Jedziemy w kierunku Miechowa. Krajobrazy piękne, faliste wzgórza, ziemia doskonała, jak w szkole uczono pszenno- buraczana. Jeszcze widzimy pola nie ściętej kukurydzy i kapusty, dominuje kapusta, bowiem jest to prawdziwe zagłębie kapuściane. I tak od zawsze. Całe lata kupowałam z siostrą Irenką kapustę, najpierw główki, potem już szatkowaną, którą w domu wkładałam z przyprawami do słoików i kisiłam, była na całą zimę. Od paru lat już nie kupuję, chociaż stoisk z kapustą i innym warzywami przybyło, nie kupuję i nie kiszę, bo ile potrzeba kapusty dla jednej osoby, no ile?

Do Miechowa nie wjeżdżamy, bo nie tak dawno powstała nowa, dobra droga aby ominąć to 11 tysięczne miasteczko. Tym razem nie opowiadałam córce o dawnym wojewodzie kieleckim z PSL, który mieszkał w Miechowie, (nazwisko wypadło z głowy,) nawet się nie dziwie bo to było naprawdę bardzo dawno w czasach „przebrzydłego” PRL. Ten właśnie wojewoda należał do świeckiego zakonu bożogrobców a bożogrobcy mieli tutaj w Miechowie swoja siedzibę od czasów średniowiecza.

Już Wolbrom, stąd pochodziła moja znajoma, sąsiadka z Kudowy, która długimi wieczorami opowiadała o swojej rodzinie wolbromskiej, szczególnie bracie, który pracował w dużym przedsiębiorstwie gdzie produkowano opony, ale i o tym jak tuż po wojnie przywieźli meble z Ziem Odzyskanych, do domu rodziców.(pamiętacie słowo „szaber”)

Powoli mijamy maleńką miejscowość  Pazurek, zawsze śmiejemy się z córką z tej śmiesznej nazwy, przy okazji ona wspomina grzybobranie ze swoim pierwszym mężem. Potem już w domu, znawca grzybów, jej Tata Tadeusz ocenił wszystkie zebrane przez nich grzyby, jako niejadalne.

A potem już Rabsztyn. To miejsce owiane legendami, bo przecież znajdują się tu ruiny zamku z czasów średniowiecza. Byłam tu wiele razy, w młodości bez trudu pokonywałam wysokie wzgórze, ostatnio zatrzymuje się u podnóża góry. Ileż to różnych wspomnień związanych mam z tym zamkiem i najstarszą restauracją, która powstała w czasach niesłusznie minionych. Była to własność jakiegoś towarzystwa turystycznego. Cieszyła się wielkim powodzeniem, hotel uważany był za ekskluzywny.

 Przez całe lata oglądaliśmy z okien samochodu, ruiny tego wielkiego zamku, który od XIII wieku był   warownią obronną, a w wieku XVII stał się  rezydencją renesansową. Szwedzi mieli duże „zasługi” w doszczętnym zrujnowaniu zamku. Od tego czasu, ulegał co raz większemu zniszczeniu. Dopiero kilka lat temu rozpoczęto działania, w celu zabezpieczenia murów i ważniejszych elementów. A wiosną tego roku oddano ten stary – młody zabytek, za opłatą, dla turystów.

Wjeżdżamy do Olkusza, srebrnego miasta. Od trzech lat zatrzymujemy się na stacji benzynowej Orlenu i w sposób „nowoczesny” jemy drugie śniadanie zapiekanka lub hood dog. Dla wygody nie wieziemy z sobą kanapek, ani nogi kurczaka, ani suchej kiełbasy i ogórków, które z apetytem jadłyśmy przed wejściem na cmentarz. Nowe czasy, nowe zwyczaje.

Wjeżdżamy na teren Zagłębia Dąbrowskiego. Wspominamy czasy budowy Huty Katowice. Jest już Zagórze, które z dzieciństwa pamiętam jako miejsce pól uprawnych a dzisiaj stanowi dużą część miasta Sosnowiec. Tym razem nie pojedziemy na grób Edwarda Gierka (spoczywa w Zagórzu) bo czasu niewiele, dzień krótki a przecież odwiedzać będziemy wiele grobów ludzi nam bliskich. Na cmentarzu wszystko jak dawniej, ale zaskoczyła nas mogiła kolegi Miruni z czasów wczesnego dzieciństwa Rysia. Mirunia od najwcześniejszych lat przyjeżdżała z Kudowy Zdroju do babci Czesi. Bawiła się z różnymi dziećmi z Rysiem też. Pewnego dnia na ścianie pokoju babci, będącym tuż po malowaniu, znalazł się duży, przepiękny rysunek. Pociąg z długim, bardzo długim dymiącym kominem. Twórcami tego rysunku byli Rysiu i Mirunia.

Grób Mamy, Taty, Tadzia, babci Antosi, cioci Walerii i Wujka Walentego, znajomi –Zenek,  moja koleżanka Wanda ze szkoły, nauczycielka biologii pani Izydora, żołnierze radzieccy i inn.

Końcówka naszej „wycieczki cmentarnej”, muszę odwiedzić swoja przyjaciółkę, znamy się 80 lat (tak 80!!!), jest chora, chora bardzo. Czy doczekamy następnego roku Halinko?