Niezwykłe podarunki

Okres świąteczny,  wiadomo podarunki. Często się słyszy wśród znajomych, ze podarunek taki i taki , nie był zupełnie trafiony, że należałoby wymienić na inny. Ja takich zmartwień nigdy nie miałam, wszystkie były piękne i z radością przyjęte. W tym roku było podobnie, chociaż niezupełnie. Wśród wielu upominków znalazły się dwa niezwykłe, z których nie tylko cieszę się bardzo, ale  baaaaaardzo.

W Wigilię zajrzałam do skrzynki pocztowej. W tym roku było znacznie mniej kartek i listów, wiadomo dzisiaj inaczej się porozumiewamy, po prostu idziemy na łatwiznę, SMS , telefon i sprawa z głowy.

 Jednakże w skrzynce znalazła się duża i gruba przesyła. Patrzę na nadawcę, – prof. Stanisław Żak. Nie wierzę, czy to możliwe ? Biegnąc po schodach zaczęłam otwierać paczkę, a to książka autorstwa pana profesora „Dzieje Karczówki w Kielcach w latach 1624 – 2024”. .W Wigilię przejrzałam, oglądałam liczne fotografie i obrazy z Karczówki, ale już w pierwszy dzień świąt zaczęłam czytać. Dzisiaj jestem po lekturze.

O Karczówce wiedziałam dość dużo (tak mi się zdawało) bo przecież od lat 70-tych ub. wieku byłam przewodnikiem świętokrzyskim, trzeba było wiedzieć dużo, nawet bardzo dużo o wszystkim co znajduje się na Ziemi Świętokrzyskiej, w tym i o  Karczówce, miejscu znanym od XVII wieku. Karczówka, klasztor i kościół powstał z fundacji biskupa Marcina Szyszkowskiego w podzięce najwyższemu za to , że zaraza morowa nie dotarła do Kielc.  

Pan profesor pisze pięknie o swoim miejscu urodzenia i zamieszkania, o ich mieszkańcach, sąsiadach, znajomych. Karczówka jest najważniejszym miejscem jego życia. Czytając jestem z nim we wczesnym dzieciństwie, w wieku szkolnym i młodzieńczym, w czasie okupacji a potem w Polsce powojennej. Tak pisze o tym miejscu profesor: „dla mnie Karczówka jest centrum świata i nigdzie indziej nie było mi tak dobrze, jak tu……..” To pierwsze miejsce w moim życiu, w którym bawiłem się, modliłem, bywałem głodny, przeżywałem strach, padałem boleśnie i podnosiłem się z nadzieją”

Jeszcze raz czytam w książce legendy o górniku Mali, który wydobył 3 wielkie bryły galeny, ze szpar górniczych mieszczących się na wzgórzu. Z tych brył potem wyrzeźbiono figury świętych a wśród nich figurę św. Barbary, która umieszczona została w kościele na Karczówce. Znalazły się tu nie tylko legendy o Mali, ale liczne wiersze różnych autorów na temat Karczówki klasztoru i kościoła.

Razem z autorem wędrowałam aleją wiodącą na Karczówkę, ze Stefanem Żeromskim i jego kolegami na wagary, kiedy uczył się w pobliskim kieleckim gimnazjum.

Byłam z powstańcami z 1863r. a i potem kiedy klasztor uległ carskiej kasacie, z ojcem Kolombinem Tomaszewskim, który przez pół wieku samotnie przebywał w dawnych pomieszczeniach klasztornych.

Karczówkę odwiedziłam nie tak dawno, zwiedzałam ją będąc  z wycieczką naszego Uniwersytetu, oprowadzał nas niezastąpiony przewodnik Andrzej Kadłubek (cowid) Bywałam także na koncertach muzyki poważnej, które odbywają się tu co roku. Rzeczywiście to wyjątkowe miejsce i dla mnie też a cóż mówić o profesorze, który spędził tu wiele, wiele lat.

Pana Profesora poznałam osobiście jakieś 10 lat temu, będąc słuchaczką Kieleckiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Chodziłam na zajęcia z literatury.

Zachęcam wszystkich a szczególnie mieszkańców kieleczczyzny do przeczytania tej niezwykłej książki.

Drugi upominek, który sprawił mi niebywałą radość, to książka mojej wnuczki Oli, już dorosłej i  poważnej pani. „13 dni z życia Oli”. Pomysł przedni, takiej książki nikt nie ma.

Pan Jacek nasz chęciński pisarz

 

Przeczytałam, książka gruba, grubaśna liczy sobie 500 stron. Kryminałów prawie nigdy nie czytałam, może 5-6 to wszystko w długim przecież moim życiu.  Mało interesowały mnie zagadkowe historie, zdecydowanie wolałam coś poważniejszego. A tu nagle wszystko się odmieniło, książkę połknęłam prawie natychmiast. I wiem dlaczego tak się stało.

 Nie tak dawno osobiście poznałam Pana Jacka i jak urzeczona słuchałam Jego mądrych wypowiedzi na różne tematy. O swoich książkach nie mówił wiele, chociaż podarował nam tzn. mnie i mojej córce książkę  Odmęt i Podszept z pięknymi dedykacjami, ja  w zamian podarowałam swój „:Raj na tej ziemi” a córka znacznie wcześniej „Suknie i fartuszek”.

Dowiedziałam się, że pan Jacek z żoną mieszka w pobliskiej Lipowicy. Miejscowość znamy, bo latem byłam na otwarciu świetlicy a później z Mirunią i Zosią („córka przyszywana”) zwiedzałyśmy i podziwiały nowo oddany zalew. Lipowica spodobała nam się, podobnie jak państwu Łukawskim, bo gdyby było inaczej, to nie kupiliby tu domu i nie zamieszkali.

O książce wiedziałam tyle, że akcja toczy się w Chęcinach i okolicy. Nie trzeba chyba nikomu z moich znajomych mówić, że kocham te miejsca i jestem szczęśliwa że mogę tu mieszkać. Dlatego natychmiast przystąpiłam do czytania.

Akcja warto się toczy a wszystko w znanych nam miejscach. Chęciny w książce są małym miasteczkiem, które kryje wiele mrocznych sekretów. Nasz bohater przez pewien czas mieszka w klasztorze pofranciszkańskim, potem na Osiedlu Północ, przemierza wszystkie nasze ulice i uliczki :Długą, Łokietka, Małogoską itd. Pije kawę, je śniadania i kolacje w Latarence. Wielekroć chodzi po Rynku Małym i Dużym. Zwiedza z grupą turystów zamek, potem synagogę i kirkut Żydowski, kościół św. Bartłomieja.  Okoliczności powodują, że jedzie do Szpitala w Czerwonej Górze potem do Nowin. Spotyka się z policjantem, ważną osobą w  książce, to też znajdujemy się w komisariacie policji (tym starym). A niezwykłe i zupełnie niespodziewane zakończenie książki  ma miejsce  w sztolniach Miedzianki.

Miałam wrażenie że o naszym mieście i okolicach wiem dosyć dużo, okazuje się że z książki pana Jacka dowiedziałam się znacznie więcej, za co serdecznie dziękuje

 Wszystkim, którzy lubią kryminały polecam, ale i miłośnikom naszej małej ojczyzny polecam również, książka  na walory przyrodnicze, historyczne i architektoniczne.

Specjalnie nie przedstawiam fabuły książki, ale nikt nie będzie zawiedziony. Akcja jest nieprawdopodobna i nieprawdopodobne jest również zakończenie.

Pan Jacek Łukawski jest młodym człowiekiem, urodził się w Kielcach w roku 1980. Napisał dotychczas 9 książek  – fantasy, science fiction, kryminał, sensacje, thriller. Pisze również opowiadania motocyklowe.

Chciałabym bardzo, aby spotkał się ze swoimi  czytelnikami na spotkaniu autorskim może w Niemczówce lub w Domu Kultury. Byłoby to ważne wydarzenie, po pierwsze dlatego, że to nasz miejscowy pisarz, człowiek niezwykle ciekawy z ogromną wiedzą a przy tym wspaniały mówca.

Biała Przyjaciółka

Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o niezwykłej kobiecie, z którą miałam szczęście pracować, o swojej białej przyjaciółce. Poznałyśmy się w latach 80-tych ubiegłego wieku, tutaj na Ziemi Kieleckiej, kiedy pracowałam w Wojewódzkim Ośrodku Doskonalenia Kadr Medycznych w Czerwonej Górze. Sama nazwa wskazuje, że było to miejsce gdzie doskonalili się pracownicy służby zdrowia: lekarze, stomatolodzy, farmaceuci, pielęgniarki i inni pracownicy z resortu „Zdrowie”. Pielęgniarki stanowiły znaczna część szkolących się osób. Organizacją szkoleń dla tej grupy zawodowej zajmowała się zawsze pielęgniarka z wyższym wykształceniem i doświadczeniem. Tak się jakoś stało, że Wanda Celejewska (obecnie w Australii) będąca  pierwszą pielęgniarką w Kielcach, które zdobyły wyższe pielęgniarskie wykształcenie, zwolniła się z pracy w ośrodku. Był wolny etat.

Pewnego dnia spoglądając przez okno, zobaczyłam młodą kobietę idącą po schodach do budynku ośrodka. Nie przewidywałam, że ta właśnie osoba przez kilkanaście lat będzie razem ze mną pracowała i że będę mogła ja nazwać swoją przyjaciółką, białą przyjaciółką. Terenia miała zawsze jasne włosy, ubierała się elegancko i z wielka klasą. Nosiła biżuterię nie koniecznie drogą, ale piękną i artystycznie wykonaną. Już wtedy była po tragedii rodzinnej, mąż zginął  a ona wychowywała 2 dzieci.

O zawodzie pielęgniarskim wiedziała wszystko, w przeciwieństwie do mnie. Jej stosunek do słuchaczy był więcej jak wzorowy. Spokojna, kulturalna, zrównoważona i mądra. Umiała  wszystkich zrozumieć a postępowanie takie lub inne wytłumaczyć. Po niedługim czasie  przekonałam się że mogę być spokojna o  dział szkoleniowy jej podlegający.

W 1981 roku w stanie wojennym ośrodek został przeniesiony do Kielc, na ul. Grunwaldzką, do wielkiego budynku, który podlegał Szpitalowi Wojewódzkiemu. Nasza siedziba była na ostatnim, 10 piętrze. Wszystko było inne niż w Czerwonej Górze, ale nie gorsze. W pobliskim  szpitalu odbywały się szkolenia praktyczne, w stołówce szpitalnej słuchacze mieli zapewnione wyżywienie, miejsca hotelowe dla tychże mieściły się we wspomnianym budynku, tutaj były także sale wykładowe i biblioteka medyczna. Tereska miała swoją siedzibę w pięknym, dużym pokoju, który urządziła sama ze znawstwem i smakiem. Wszędzie dominowały kwiaty.

Do pracy przyjeżdżała małym fiatem, który nie zawsze chciał zapalić. Nie złościła się, nie denerwowała, tylko wyciągała z bagażnika miotłę na długim trzonku i przy pomocy tego narzędzia samochód zapalała, wsiadała i odjeżdżała.

Zakończenie kursów, szczególnie tych, które kończyły się uzyskaniem specjalizacji,   były bardzo uroczyste-  rozdawano zaświadczenia, potem był  poczęstunek a nawet tańce. Im kurs był ważniejszy tym zakończenie było „bogatsze”. Pewnego razu odbywało się zakończenie kursu specjalistycznego dla lekarzy z medycyny społecznej.(ta specjalizacja obowiązywała lekarzy będących na stanowiskach kierowniczych). Na uroczystość została zaproszona również Tereska. Wszyscy się cieszyli, bo minęło 2 letnie szkolenie, ale cieszyć nie mogła się ona. Zachorowała. Dzisiaj nie pamiętam  co to za schorzenie, ale objawiało się swędzeniem i wysypką  całego ciała, szczególnie rąk.  Zdawałam sobie sprawę z tego, że w tej sytuacji nie przyjdzie. Pomyliłam się.  W pewnej chwili drzwi się otwierają i na salę wchodzi Tereska, pięknie ubrana w wytwornej  sukni , na rękach ma bardzo długie, siatkowe, czarne rękawiczki. Plamek chorobowych rzeczywiście nie było widać. Wszyscy zaczęli bić brawo bo przecież nikt się nie spodziewał, że mimo takiej przykrej dolegliwości, przyjdzie. Zaskoczyła nas wszystkich.

Po wielu latach dobrej współpracy, Tereska znalazła lepszą, lepiej płatną pracę. Cóż było robić. Żałowałam bardzo, ale rozumiałam też, że pieniądze to ważna rzecz dla matki, która sama   utrzymuje rodzinę. Kontakty nasze oczywiście były rzadsze, ale nie skończyły się. Zaprosiłam ją w roku 2006 na moje imieniny, które obchodzę razem z urodzinami. Tym razem też mnie zaskoczyła. Czekając na gości, zobaczyłam z balkonu nadjeżdżającą Tereskę. Jakoś długo nie wychodziła z samochodu, a gdy wyszła niosła coś wielkiego i długiego. Rozwinęła. Okazało się, że przywiozła prezent w postaci transparentu na którym był duży napis:

„Nie – Nowina Konopczyna. Nie – Zyta Gilowska. Lecz dla nas przykładem Zenia Dołęgowska” A tak dla przypomnienia podaję, że Halina Nowina-Konopka była posłem I, III i IV kadencji  a Zyta Gilowska posłanką, na Sejm, potem vice premierem i Ministrem Finansów w rządzie J. Kaczyńskiego.

Na innych mych imieninach, na których była też Terenia, zauważyłam, że czasami odruchowo kręci głową. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że to mogą być pierwsze objawy Parkinsona.

Tereska zawsze kochała przyrodę, marzyła o swoim domu w lesie, marzyła o wielkim ogrodzie. Nie pamiętam w jakich to było latach, ale udało jej się kupić kawałek ziemi pod lasem, z pięknym widokiem na górki pod Działoszycamia, potem zbudowała domek, nazywała go domkiem na kurzej łapce. Rzeczywiście był maleńki. Tak jak swoje mieszkanie w Kielcach, w wysokim wieżowcu, tak i ten domeczek urządziła według swojego wyrafinowanego gustu. Gdy pracowała zawodowo każdą wolną chwilę tam spędzała, gdy poszła na emeryturę była tu od wiosny do późnej jesieni. Zapraszała mnie zawsze, ale nie byłam więcej jak 3 razy. Za pierwszym mym pobytem, domek był nowy, ogród rozkwitał kwiatami, rosły na 2-3 metry kolorowe hortensje. Kiedy byłam raz ostatni, Tereska była już chora, moje przypuszczenia sprzed lat okazały się  prawdziwe, to Parkinson. Z trudem poruszała się, ręce  nie mogą utrzymać szklanki ani łyżki, traci równowagę.

Boje się, że na wiosnę nie odwiedzi swego domeczku i ukochanego ogrodu.

W tej jakże trudnej sytuacji , Tereska nic się nie zmieniła, nie narzeka, nie chce zawracać głowy nikomu, dzielnie znosi wszystkie dolegliwości. Zapytacie, a co rodzina? Jest i chce zajmować się swoja mamą i babcią, ale Tereska uważa, że ciągle powinna sama sobie dawać radę.

W tej sytuacji, myślę o ludziach, którzy wiecznie są niezadowoleni, ciągle narzekają, w koło widzą zło i niechęć ludzką a tu spotykam się z człowiekiem chorym, bardzo chorym, ale pełnym dobroci i zrozumienia dla wszystkiego i dla wszystkich.