Po 60 latach.

Córka moja Mirunia, została zaproszona  na XV Międzynarodowe Forum Muzeów Domowych” Kudowa Zdrój – Ceska Skalice  w dniach 23 – 25 wrzesień 2022r.

 W pierwszej chwili pomyślałam,  pojadę z Nią, bo jakże nie skorzystać z takiej okazji. Kudowa to moja miłość, to cudownych 18 lat tam przeżytych. To była myśl pierwsza, ale za nią przychodziły myśli następne. Jakże pojedziesz z tą chora nogą, przecież trzeba by w tej Kudowie trochę chodzić, chociażby po parku, warto by odwiedzić jeszcze znajomych itp. Itp. Rezultat był jeden, nie pojedziesz, zostaniesz w domu.

Córka jak zawsze w takich okolicznościach dzwoniła, opowiadała, przysyłała zdjęcia. A zatem wiedziałam gdzie była, jak wyglądało zapowiedziane Forum, jakie odniosła wrażenie oglądając nie tylko naszą starą Kudowę, ale i nowe na górze leśnej osiedle, gdzie był jej hotel i sala wykładowa. Wiedziałam, że miała swoje wystąpienie w Czechach w Ceska Skalica, że miała swoją prezentację, że pokazała niektóre eksponaty ze swojego domowego muzeum im. Adama Wysockiego.

Wiedziałam również, że w ostatnim dniu odwiedzi razem z uczestnikami skansen w Pstrążnej. Skansen jest mi znany i cieszyłam się, że i ona go zobaczy.

Z stamtąd właśnie przysłała  mi kilka zdjęć  a wśród nich coś niezwykłego, miedziane obrazy, które  wielokrotnie oglądałam mniej więcej 60 lat w restauracji „Piekiełko”, które mieściło się w sanatorium Polonia w Kudowie. Do tego „Piekiełka”  z Tadziem i przyjaciółmi – Marysią, Teresą, Józkiem pierwszym, drugim i trzecim, Zbyszkiem, Edwardem, Andrzejem, Kingą przychodziliśmy często. Orkiestra grała, tańczyliśmy, śpiewali i radowali  życiem. Podnosili do góry nie jeden kielich.

Po potopie, jaki nawiedził Piekiełko a był to prawdziwy potop, gdyż chcąc nieco uratować, ratownicy musieli używać łodzi. Po tym musiał nastąpić kapitalny remont. I kiedy przyszliśmy po remoncie na wieczorne tańce zobaczyliśmy coś niezwykłego.  Bar i odległa  ściana pokryta była piekielnymi obrazami wykonanymi na miedzianej blasze .Wszystko było podświetlone czerwonym światłem. Diabły  jadły, piły,  usilnie  pracowały nadziewając ofiary na widły, polewały  nieszczęśników smołą. Wszystko działo się jak w prawdziwym piekle. Widok był tak niezwykły, że to „Piekiełko” pamiętam po dzień dzisiejszy.

I tu nagle przychodzą zdjęcia od córki, które przedstawiają element tamtego wystroju. Okazuje się, że znalazła się dobra i mądra dusza, myślę, że zapewne był to pan Kamiński pisarz i działacz społeczny Kudowy, który te obrazy odnalazł i zamieścił właśnie w muzeum w Pstrążnej.

Twórcą tych niezwykłych dzieł był artysta pan Henryk Wszołek, którego poznałam we wczesnych latach 60-tych, kiedy osiedlił się w Kudowie. W tych samych dniach kiedy do mnie dotarły te niezwykłe zdjęcia, z wiadomości Kudowskich dowiedziałam się, że pan Wszołek nie żyje, miał ponad 90 lat. Niech go Ziemia Kudowska przyjmie i niech pamięta, że miała niezwykłego syna, który swoimi dziełami rozsławił to sanatoryjne miasteczko.

A pamięć o nich niech nie zaginie !

W niedzielę 11 września zakończył się 15 Festiwal Kultury Żydowskiej w Chęcinach. Nazywany również  Tryptykiem Żydowskim. Ja jestem stałym uczestnikiem tej imprezy i myślę, że tylko siła wyższa może spowodować, że nie będę w niej  uczestniczyć.

Wszystko co związane z Żydami, jest bliskie mojemu sercu chociaż prawdę mówiąc prawdziwego Żyda spotkałam w swoim życiu chyba tylko 2 razy, a może nieco więcej . Pierwszy raz w okupację, gdy poszłam z mamą do Sosnowca na ul. Modrzejowską do domu pewnej Żydówki z którą  prowadziła mama handel wymienny, mama dała jej jakieś produkty żywnościowe, ona jakieś ubrania, w tym dla mnie  wstążkę do włosów, w której paradowałam później idąc do szkoły.

Drugi raz, było to już po wojnie , w roku 1952. Poznałam pana Bretschainera, który był pracownikiem Ośrodka Szkolenia Partyjnego w Katowicach, a pamiętam z tego powodu, że opowiadał o swojej najmłodszej córce Lince, która  mówiła jak to mocno uderzyła się w „kolano od ręki”.

Trzecie spotkanie z Żydem było w roku 1953 w Kudowie. Poznałam tutaj pana Samuela Grada, który był kierownikiem sanatorium „Polonia”, a w okresie przedwojennym był współwłaścicielem szybów naftowych w Borysławiu. W okresie okupacji cała rodzina została zamordowana, pozostał tylko on. Dzisiaj leży na cmentarzu w Kudowie Zakrzu. Wiele mu zawdzięczam.

Od tego czasu wszystko co związane było z Żydami, ich historią, tradycją stało mi się  bliskie. A kiedy przyjechałam do Czerwonej Góry a właściwie do Chęcin (minęło już pół wieku)  stały  mi się  jeszcze bliższe. Tym bardziej, że nasze miasteczko  Żydzi zamieszkiwali od XVI wieku. Śledziłam ich losy. Nigdy nie było im łatwo. Od samego początku napotykali na różne trudności. To nie było wolno im zamieszkać w mieście, tylko na jego obrzeżach, to nie wolno było im handlować suknem dłużej niż 6 lat, produkować alkoholu i prowadzić wyszynku, w ostateczności mogli sprzedawać Żydom, broń Boże chrześcijanom. Dopiero w 1777 uzyskali prawo swobodnego osiedlania się w mieście. Z tych i innych powodów nie zawsze dobrze układały się stosunki między Żydami a chrześcijanami.

Po wielu staraniach Gminy Żydowskiej, udało się wreszcie uzyskać zezwolenie na budowę synagogi w roku 1638. Na początku XX wieku wybuchł pożar. Budynek, który stoi do dziś jest tym wybudowanym po pożarze. Pamięta ona różne wydarzenia z życia swoich mieszkańców, których było nie mało, bo czasem  stanowili  70 % ogółu mieszkańców . Ostatnie, finałowe  wydarzenie, które rozegrało się na placu przed synagogą, rozegrało się w 1942r. kiedy to Niemcy zebrali z getta 4000 Żydów, aby wywieźć ich na stracenie do Tremblinki.

 Od tego czasu synagoga służyła i pełniła różne funkcje już nie swoim wyznawcą, ale mieszkańcom Chęcin. Dzisiaj przygotowuje się  do kapitalnego remontu. Powstanie muzeum poświęcono Żydom Chęcińskim. Czekam na tą chwilę z wielka niecierpliwością, bo co tu mówić mogę nie doczekać a chciałabym zobaczyć jak przywraca się pamięć o tym wymęczonym narodzie.

Chylę czoło przed władzami gminy, które od 15 lat starają się przywrócić pamięć o dawnych mieszkańcach naszego  miasteczka. Niemal w każdym roku organizowany jest marsz młodzieży szlakiem, którym szli żydowscy chęcinianie, w swoja ostatnią drogę, z Chęcin do Wolicy.

  Poza tym organizowane są pokazy, warsztaty, koncerty. Młodzież zapoznawała się z poezją i śpiewem hebrajskim. Przygotowali przedstawienie” „Od Abrahama po czasy współczesne”. Pokazała nam obrzędy weselne. Teatr Grodzki wystąpił z widowiskiem „Gęsi na chęcińskim Sztetlu”. Podziwialiśmy występy różnych zespołów , taneczny z Krakowa Sam Cymes, zespół z Chmielnika Chmielnikers, zespół Old Klezmer Trio, spektakl AJ! Waj! „Czyli historie z cynamonem”  Rafała Kmity, niezwykły pełen filozofii humor żydowski i piosenki śpiewane przed synagoga przez mieszkankę Chęcin Antoninę Gorzelak itd. Itd.. Nie zabrakło licznych projekcji filmowych a także okolicznych wystaw. Do obchodów włącza się również Chęciński UTW. Nasi koledzy Henryka i Waldemar Gruszka zrealizowali film na temat Żydów Chęcińskich. Film został wysoko oceniony i nagrodzony. Nasze koleżanki i koledzy pokazali małe formy teatralne, różne skecze i dowcipy, a na ostatnim festiwalu pięknie zatańczyli   taniec żydowski.

Podczas wydarzeń byliśmy częstowani różnymi smakołykami kuchni żydowskiej.

Często w tych uroczystościach udział brali przedstawiciele Gminy Żydowskiej z Katowic, tym razem przybył aż ze Stanów Zjednoczonych rabin Goldstein.

Tegoroczne uroczystości były również niezwykłe- wycieczka po ważniejszych miejscach związanych z kulturą żydowską, wykład, 2 wystawy a w ostatnim dniu koncert pieśni żydowskich, na scenie przygotowanej z niezwykłym pietyzmem.

Wielkie wrażenie na mnie wywarło przemówienie rabina, przemawiał do nas  w języku jidisz, którym posługiwali się Żydzi chęcińscy. Rabin Golstein miał swoich przodków w Chęcinach, dwa razy w roku przyjeżdża na kirkut, aby modlić się przy ich grobach. Sam jest 8 pokoleniem Żydów Chęcińskich. Dziękował władzom Gminy a szczególnie Burmistrzowi, Robertowi Jaworskiemu, za wszystko co robi, aby pamięć o dawnych mieszkańcach nie zaginęła. Z przemówienia naszego włodarza wynikało, że zostały unormowane sprawy własnościowe kirkutu, należy już do gminy, można spodziewać się , że to miejsce będzie bardziej zadbane  z myślą o tych, którzy tu leżą, licznych turystach, ale i mieszkańcach.

Czy wrócę do pisania?

Ostatnimi czasy nie mogę usiąść do pisania. Takiego uczucia nie miałam dawno. Przypuszczam, że związane to jest z wojną na Ukrainie i moimi uczuciami z tym związanymi , może z przejściem covidu i jego skutkami a może po prostu  nie mam już nic do powiedzenia dla innych. Po prostu nie wiem.

 Ostatnio jednak stało się coś, co poruszyło mnie dogłębnie, a przecież jest to drobiazg w porównaniu z wydarzeniami o których wspomniałam powyżej.

Zacznę od początku.   3 lata temu, kiedy kończyła się moja kadencja prezeski  Chęcińskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, próbowałam założyć sekcję tańca, i teatr. To pierwsze udało się, w przypadku drugiego  skończyło się na wstępnej rozmowie z państwem Anyżami (reżyserzy teatralni). Po jakimś roku nowy zarząd powrócił do idei założenia teatru, znalazły się pieniądze i pomoc burmistrza. Ucieszyłam się bardzo i nawet myślałam uczestniczyć w nim, ale poszłam po rozum do głowy i powiedziałam sobie „Nie wygłupiaj się, to nie czas dla ciebie, popatrz na PESEL” Popatrzyłam i zrezygnowałam.

Jednakże znalazła się grupa osób, która chętnie uczestniczyła w  przygodzie aktorskiej. Śledziłam działalność grupy, chodziłam na występy i cieszyłam się  gdy wszystko szło jak trzeba. A Teatr Grodzki rozwijał się dynamicznie. Jako pierwszy wystawiony był spektakl o Żydach a właściwie o ich humorze, potem Legenda o Świętokrzyskim Zbóju Madeju, w dalszej kolejności „Królowa Śniegu” (wspólnie z dziećmi) a ostatnio „Kawiarenka sentymentalna” autorstwa Eli oraz etiuda „Dziewczyna i diabeł.” Dziewczyną czyli Kasztelanką była nasza koleżanka Róża a diabełkiem Tereska, moja „przyszywana córka” będąca już co tu mówić w słusznym wieku. Wszyscy , nawet Ci którzy nie oglądali nigdy i oglądać nie będą, domyślają się, że zadaniem diabła będzie namawianie do złego, kogo? oczywiście kasztelanki.

Próby odbywały się systematycznie w każdą środę, przed każdą Tereska przychodziła i biadoliła. Nie mogę nauczyć się roli, zapominam, nie mam rękawiczek czerwonych, jeszcze nie kupiłam rogów i ogona, czy Marysi uda się zrobić kopytka itd. Itd. Pocieszałam jak umiałam, oczywiście zachęcałam. Wiedziałam , że sobie poradzi bo przecież w codziennym życiu  jest też aktorką.

O Różę nie martwiłam się bo widziałam ją wielokrotnie na scenie, to osoba, która  nawet gdy nic nie mówi, to mówi i gra znakomicie. Stasiu miał mniejszą rolę chociaż ważną, bo głównego Lucyfera, szefa naszego diabełka. Na stanowisko Lucyfera nadawał się wyjątkowo. O nich nie martwiłam się, ale o Tereskę tak. A nóż coś się  nie uda, ewentualną porażkę zniosłaby z trudem.

 Parę tygodni temu odbyła się w hali premiera 3 przedstawień,  dwóch w wykonaniu studentów CHUTW,(„ Sentymentalna Kawiarenka” i „Dziewczyna i diabeł”) jeden w wykonaniu uczniów  klas szkolnych.

Po zakończeniu przedstawień, braw i życzeń nie było końca. Etiuda o diable podobała się najbardziej. Niedługo  po tym kiedy emocje opadły, dowiedzieliśmy się, że właśnie ta etiuda została zakwalifikowana do udziału w VI Ogólnopolskim Festiwalu Teatralnym OTE (Ośrodek Teatralno- Edukacyjny im. Mikołaja Reja w Nagłowicach).

Zaczęło się, Tereska jak zwykle niespokojna, rolę powtarzała i powtarzała a tu termin festiwalu zbliżał się, im bliżej tym gorzej. Wreszcie  nastąpił piątek 3 czerwiec. Początek festiwalu. Tereska z Różą pojechały. Ja przyjechałam w dniu następnym tzn. 4 czerwca kiedy mieli grać nasi aktorzy(dziękuje za transport Marto i Stefanie). Chciałam bardzo być świadkiem sukcesu naszych kol. kol. Wierzyłam, że tak będzie. Poza tym Nagłowice -dworek Reja, piękny park, przypominają  dawne czasy, kiedy to ja mając 15 lat i będąc uczennicą drugiej klasy Liceum Pedagogicznego, przybyłam tutaj na praktykę aby pełnić funkcję zastępcy wychowawczyni na Koloniach Letnich dla dzieci  Zagłębia Dąbrowskiego.

Nasi aktorzy występowali o 11,45, przed nimi teatr z Piotrkowa Trybunalskiego w spektaklu „Być kobietą”, a po nich Teatr Kolektyw z Serocka – „Pan Lampa”. Wszystkich zespołów było 11.

Z bijącym sercem czekałam na rozpoczęcie naszego spektaklu. Było dobrze, bardzo dobrze,  z każdą chwilą  lepiej co raz lepiej, aby w końcówce zagrać znakomicie. Podczas  wykonywania zdjęć na scenie pojawili się młodzi chłopcy z plakatami „Tereska” „Róża”. Śmiechu, oklasków i okrzyków radości było co nie miara. Wszyscy byliśmy szczęśliwi.

Po spektaklu nastąpiło jego omówienie. Członkowie zasiadający w żiri, wypowiadali się bardzo pochlebnie o spektaklu, zwracali uwagę na piękną scenografię, stroje artystów i niezwykłe aktorstwo. Czułam że będzie nagroda, ale musiałam czekać do dnia następnego. Po przyjeździe Tereski, dowiedziałam się że obie otrzymały indywidualne nagrody za aktorstwo. Gratulacje.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że gdyby nie Państwo Dorota i Artur Anyżowie nigdy nie powstałby Teatr Grodzki a nasze koleżanki i koledzy nie mogliby rozwijać swoich talentów. Dziękujemy.

Mury, mury, mury!

Dzień po dniu, słucham uważnie co dzieje się na naszej wschodniej granicy. Od początku przeżywałam i przeżywam dramaty ludzkie a szczególnie dzieci jakie się tu działy i dzieją. Byłam myślami, z chorymi w szpitalach, umierającymi w lasach, członkami różnych grup, które niosły pomoc uchodźcom, ale i z żołnierzami i pogranicznikami czuwającymi na tejże granicy.

 Moje lewicowe serce zawsze kazało mi stać po stronie biedniejszych i upośledzonych. To też cieszyłam się gdy dowiadywałam się, że jakimś grupom udało się znaleźć schronienie w odległych Niemczech i byłam zła, że nie mogli otrzymać schronienie w naszej ojczyźnie.

Od zawsze wiedziałam, że od wieków ludzie budowali mury. Otaczali nimi zamki, grody, miasta, później państwa, wszystko po to by bronić się przed innymi, najczęściej przed obcymi plemionami. Jaką chlubę stanowił i stanowi dzisiaj (jako zabytek) Wielki Mur Chiński, który bronił Chińczyków przed napływem ludów  i najeźdźców  z północy. Znany także jest Mur Hadriana wybudowany przez  starożytnych Rzymian w Szkocji.

Okazuje się, że w naszych czasach  buduje się  w dalszym ciągu mury. Największy i najdłuższy mur  wybudowały biedne Indie w Azji, na granicy z Kaszmirem. Mur ma wszystkie znamiona nowoczesności , druty są pod napięciem i wzmocnione minami. Jest mur między Koreą Północną a Południową. Turcy wybudowali mur między jedną a drugą częścią Cypru. Z powodów religijnych Arabia Saudyjska zbudowała mur na granicy z Irakiem. Jest to wyjątkowy mur, bardzo nowoczesny (Arabia to kraj bogaty, nawet bardzo bogaty) z wieżami i kamerami.

Izraelczycy oddzielili się od biednych Palestyńczyków bo Palestyńczycy wpuszczają terrorystów.

W naszym rejonie europejskim też nie brakuje murów. Postawiła je mała Estonia, biedna Ukraina stawia mur na granicy z Rosją, nawet małe Węgry postawiły mur na granicy z Serbią i Chorwacją a także Hiszpania oddzieliła się od Maroka. Udało się zburzyć jeden Mur w Berlinie. O tym mówił cały świat  i po dzień  dzisiejszy mówi się jako o najważniejszym wydarzeniu XX wieku. I słusznie. Coś zburzono, by połączyć naród niemiecki  ten ze wschodu z tym z zachodu.

Jest jeszcze jeden mur, o którym nie można zapomnieć, jest to mur między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem. Według. twórców tego nowoczesnego z najnowocześniejszych murów,  trzeba zatrzymać Meksykanów, bo niosą narkotyki i biedę do USA.

Ten nasz mur, polski mur narodowy, będzie podobnie jak ten amerykański bardzo nowoczesny. Ciągnąć się będzie wzdłuż granicy z Białorusią na długości 180km. Budować będą (bez przetargu) dwie wielkie polskie firmy.  Zużyją 50 tys. ton stali, wysoki będzie na 5,5 m, zakończony będzie 50 cm. zwojem drutu kolczastego. Oczywiście tak jak w Ameryce  będą zainstalowane czujniki i kamery najwyższej jakości.  Koszt 1 miliard 600 milionów zł. Porównując z innymi podobnymi projektami, okazuje się, że rząd nie jest sknerą i na tym nie oszczędza. Droższego ogrodzenia,  w przeliczeniu na kilometr w Europie, w ostatnich latach  nie budowano.

Nie tak dawno obchodziliśmy wielkie święto (nie wszyscy, nie wszyscy) Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. To była 30 rocznica.  Orkiestry. Jak podano w informacjach wciągu tych 30 lat uzbieraliśmy 1 miliard 500 milionów zł na sprzęt dla chorych dzieci. Wysiłkiem tysięcy ludzi, przez 30 lat uzbieraliśmy tyle ile rząd wyda na zbudowanie tego muru.

 Wczoraj podano w telewizji, że przez granicę przeszło 2 uchodźców.

Niezwykłe podarunki

Okres świąteczny,  wiadomo podarunki. Często się słyszy wśród znajomych, ze podarunek taki i taki , nie był zupełnie trafiony, że należałoby wymienić na inny. Ja takich zmartwień nigdy nie miałam, wszystkie były piękne i z radością przyjęte. W tym roku było podobnie, chociaż niezupełnie. Wśród wielu upominków znalazły się dwa niezwykłe, z których nie tylko cieszę się bardzo, ale  baaaaaardzo.

W Wigilię zajrzałam do skrzynki pocztowej. W tym roku było znacznie mniej kartek i listów, wiadomo dzisiaj inaczej się porozumiewamy, po prostu idziemy na łatwiznę, SMS , telefon i sprawa z głowy.

 Jednakże w skrzynce znalazła się duża i gruba przesyła. Patrzę na nadawcę, – prof. Stanisław Żak. Nie wierzę, czy to możliwe ? Biegnąc po schodach zaczęłam otwierać paczkę, a to książka autorstwa pana profesora „Dzieje Karczówki w Kielcach w latach 1624 – 2024”. .W Wigilię przejrzałam, oglądałam liczne fotografie i obrazy z Karczówki, ale już w pierwszy dzień świąt zaczęłam czytać. Dzisiaj jestem po lekturze.

O Karczówce wiedziałam dość dużo (tak mi się zdawało) bo przecież od lat 70-tych ub. wieku byłam przewodnikiem świętokrzyskim, trzeba było wiedzieć dużo, nawet bardzo dużo o wszystkim co znajduje się na Ziemi Świętokrzyskiej, w tym i o  Karczówce, miejscu znanym od XVII wieku. Karczówka, klasztor i kościół powstał z fundacji biskupa Marcina Szyszkowskiego w podzięce najwyższemu za to , że zaraza morowa nie dotarła do Kielc.  

Pan profesor pisze pięknie o swoim miejscu urodzenia i zamieszkania, o ich mieszkańcach, sąsiadach, znajomych. Karczówka jest najważniejszym miejscem jego życia. Czytając jestem z nim we wczesnym dzieciństwie, w wieku szkolnym i młodzieńczym, w czasie okupacji a potem w Polsce powojennej. Tak pisze o tym miejscu profesor: „dla mnie Karczówka jest centrum świata i nigdzie indziej nie było mi tak dobrze, jak tu……..” To pierwsze miejsce w moim życiu, w którym bawiłem się, modliłem, bywałem głodny, przeżywałem strach, padałem boleśnie i podnosiłem się z nadzieją”

Jeszcze raz czytam w książce legendy o górniku Mali, który wydobył 3 wielkie bryły galeny, ze szpar górniczych mieszczących się na wzgórzu. Z tych brył potem wyrzeźbiono figury świętych a wśród nich figurę św. Barbary, która umieszczona została w kościele na Karczówce. Znalazły się tu nie tylko legendy o Mali, ale liczne wiersze różnych autorów na temat Karczówki klasztoru i kościoła.

Razem z autorem wędrowałam aleją wiodącą na Karczówkę, ze Stefanem Żeromskim i jego kolegami na wagary, kiedy uczył się w pobliskim kieleckim gimnazjum.

Byłam z powstańcami z 1863r. a i potem kiedy klasztor uległ carskiej kasacie, z ojcem Kolombinem Tomaszewskim, który przez pół wieku samotnie przebywał w dawnych pomieszczeniach klasztornych.

Karczówkę odwiedziłam nie tak dawno, zwiedzałam ją będąc  z wycieczką naszego Uniwersytetu, oprowadzał nas niezastąpiony przewodnik Andrzej Kadłubek (cowid) Bywałam także na koncertach muzyki poważnej, które odbywają się tu co roku. Rzeczywiście to wyjątkowe miejsce i dla mnie też a cóż mówić o profesorze, który spędził tu wiele, wiele lat.

Pana Profesora poznałam osobiście jakieś 10 lat temu, będąc słuchaczką Kieleckiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Chodziłam na zajęcia z literatury.

Zachęcam wszystkich a szczególnie mieszkańców kieleczczyzny do przeczytania tej niezwykłej książki.

Drugi upominek, który sprawił mi niebywałą radość, to książka mojej wnuczki Oli, już dorosłej i  poważnej pani. „13 dni z życia Oli”. Pomysł przedni, takiej książki nikt nie ma.

Pan Jacek nasz chęciński pisarz

 

Przeczytałam, książka gruba, grubaśna liczy sobie 500 stron. Kryminałów prawie nigdy nie czytałam, może 5-6 to wszystko w długim przecież moim życiu.  Mało interesowały mnie zagadkowe historie, zdecydowanie wolałam coś poważniejszego. A tu nagle wszystko się odmieniło, książkę połknęłam prawie natychmiast. I wiem dlaczego tak się stało.

 Nie tak dawno osobiście poznałam Pana Jacka i jak urzeczona słuchałam Jego mądrych wypowiedzi na różne tematy. O swoich książkach nie mówił wiele, chociaż podarował nam tzn. mnie i mojej córce książkę  Odmęt i Podszept z pięknymi dedykacjami, ja  w zamian podarowałam swój „:Raj na tej ziemi” a córka znacznie wcześniej „Suknie i fartuszek”.

Dowiedziałam się, że pan Jacek z żoną mieszka w pobliskiej Lipowicy. Miejscowość znamy, bo latem byłam na otwarciu świetlicy a później z Mirunią i Zosią („córka przyszywana”) zwiedzałyśmy i podziwiały nowo oddany zalew. Lipowica spodobała nam się, podobnie jak państwu Łukawskim, bo gdyby było inaczej, to nie kupiliby tu domu i nie zamieszkali.

O książce wiedziałam tyle, że akcja toczy się w Chęcinach i okolicy. Nie trzeba chyba nikomu z moich znajomych mówić, że kocham te miejsca i jestem szczęśliwa że mogę tu mieszkać. Dlatego natychmiast przystąpiłam do czytania.

Akcja warto się toczy a wszystko w znanych nam miejscach. Chęciny w książce są małym miasteczkiem, które kryje wiele mrocznych sekretów. Nasz bohater przez pewien czas mieszka w klasztorze pofranciszkańskim, potem na Osiedlu Północ, przemierza wszystkie nasze ulice i uliczki :Długą, Łokietka, Małogoską itd. Pije kawę, je śniadania i kolacje w Latarence. Wielekroć chodzi po Rynku Małym i Dużym. Zwiedza z grupą turystów zamek, potem synagogę i kirkut Żydowski, kościół św. Bartłomieja.  Okoliczności powodują, że jedzie do Szpitala w Czerwonej Górze potem do Nowin. Spotyka się z policjantem, ważną osobą w  książce, to też znajdujemy się w komisariacie policji (tym starym). A niezwykłe i zupełnie niespodziewane zakończenie książki  ma miejsce  w sztolniach Miedzianki.

Miałam wrażenie że o naszym mieście i okolicach wiem dosyć dużo, okazuje się że z książki pana Jacka dowiedziałam się znacznie więcej, za co serdecznie dziękuje

 Wszystkim, którzy lubią kryminały polecam, ale i miłośnikom naszej małej ojczyzny polecam również, książka  na walory przyrodnicze, historyczne i architektoniczne.

Specjalnie nie przedstawiam fabuły książki, ale nikt nie będzie zawiedziony. Akcja jest nieprawdopodobna i nieprawdopodobne jest również zakończenie.

Pan Jacek Łukawski jest młodym człowiekiem, urodził się w Kielcach w roku 1980. Napisał dotychczas 9 książek  – fantasy, science fiction, kryminał, sensacje, thriller. Pisze również opowiadania motocyklowe.

Chciałabym bardzo, aby spotkał się ze swoimi  czytelnikami na spotkaniu autorskim może w Niemczówce lub w Domu Kultury. Byłoby to ważne wydarzenie, po pierwsze dlatego, że to nasz miejscowy pisarz, człowiek niezwykle ciekawy z ogromną wiedzą a przy tym wspaniały mówca.

Biała Przyjaciółka

Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o niezwykłej kobiecie, z którą miałam szczęście pracować, o swojej białej przyjaciółce. Poznałyśmy się w latach 80-tych ubiegłego wieku, tutaj na Ziemi Kieleckiej, kiedy pracowałam w Wojewódzkim Ośrodku Doskonalenia Kadr Medycznych w Czerwonej Górze. Sama nazwa wskazuje, że było to miejsce gdzie doskonalili się pracownicy służby zdrowia: lekarze, stomatolodzy, farmaceuci, pielęgniarki i inni pracownicy z resortu „Zdrowie”. Pielęgniarki stanowiły znaczna część szkolących się osób. Organizacją szkoleń dla tej grupy zawodowej zajmowała się zawsze pielęgniarka z wyższym wykształceniem i doświadczeniem. Tak się jakoś stało, że Wanda Celejewska (obecnie w Australii) będąca  pierwszą pielęgniarką w Kielcach, które zdobyły wyższe pielęgniarskie wykształcenie, zwolniła się z pracy w ośrodku. Był wolny etat.

Pewnego dnia spoglądając przez okno, zobaczyłam młodą kobietę idącą po schodach do budynku ośrodka. Nie przewidywałam, że ta właśnie osoba przez kilkanaście lat będzie razem ze mną pracowała i że będę mogła ja nazwać swoją przyjaciółką, białą przyjaciółką. Terenia miała zawsze jasne włosy, ubierała się elegancko i z wielka klasą. Nosiła biżuterię nie koniecznie drogą, ale piękną i artystycznie wykonaną. Już wtedy była po tragedii rodzinnej, mąż zginął  a ona wychowywała 2 dzieci.

O zawodzie pielęgniarskim wiedziała wszystko, w przeciwieństwie do mnie. Jej stosunek do słuchaczy był więcej jak wzorowy. Spokojna, kulturalna, zrównoważona i mądra. Umiała  wszystkich zrozumieć a postępowanie takie lub inne wytłumaczyć. Po niedługim czasie  przekonałam się że mogę być spokojna o  dział szkoleniowy jej podlegający.

W 1981 roku w stanie wojennym ośrodek został przeniesiony do Kielc, na ul. Grunwaldzką, do wielkiego budynku, który podlegał Szpitalowi Wojewódzkiemu. Nasza siedziba była na ostatnim, 10 piętrze. Wszystko było inne niż w Czerwonej Górze, ale nie gorsze. W pobliskim  szpitalu odbywały się szkolenia praktyczne, w stołówce szpitalnej słuchacze mieli zapewnione wyżywienie, miejsca hotelowe dla tychże mieściły się we wspomnianym budynku, tutaj były także sale wykładowe i biblioteka medyczna. Tereska miała swoją siedzibę w pięknym, dużym pokoju, który urządziła sama ze znawstwem i smakiem. Wszędzie dominowały kwiaty.

Do pracy przyjeżdżała małym fiatem, który nie zawsze chciał zapalić. Nie złościła się, nie denerwowała, tylko wyciągała z bagażnika miotłę na długim trzonku i przy pomocy tego narzędzia samochód zapalała, wsiadała i odjeżdżała.

Zakończenie kursów, szczególnie tych, które kończyły się uzyskaniem specjalizacji,   były bardzo uroczyste-  rozdawano zaświadczenia, potem był  poczęstunek a nawet tańce. Im kurs był ważniejszy tym zakończenie było „bogatsze”. Pewnego razu odbywało się zakończenie kursu specjalistycznego dla lekarzy z medycyny społecznej.(ta specjalizacja obowiązywała lekarzy będących na stanowiskach kierowniczych). Na uroczystość została zaproszona również Tereska. Wszyscy się cieszyli, bo minęło 2 letnie szkolenie, ale cieszyć nie mogła się ona. Zachorowała. Dzisiaj nie pamiętam  co to za schorzenie, ale objawiało się swędzeniem i wysypką  całego ciała, szczególnie rąk.  Zdawałam sobie sprawę z tego, że w tej sytuacji nie przyjdzie. Pomyliłam się.  W pewnej chwili drzwi się otwierają i na salę wchodzi Tereska, pięknie ubrana w wytwornej  sukni , na rękach ma bardzo długie, siatkowe, czarne rękawiczki. Plamek chorobowych rzeczywiście nie było widać. Wszyscy zaczęli bić brawo bo przecież nikt się nie spodziewał, że mimo takiej przykrej dolegliwości, przyjdzie. Zaskoczyła nas wszystkich.

Po wielu latach dobrej współpracy, Tereska znalazła lepszą, lepiej płatną pracę. Cóż było robić. Żałowałam bardzo, ale rozumiałam też, że pieniądze to ważna rzecz dla matki, która sama   utrzymuje rodzinę. Kontakty nasze oczywiście były rzadsze, ale nie skończyły się. Zaprosiłam ją w roku 2006 na moje imieniny, które obchodzę razem z urodzinami. Tym razem też mnie zaskoczyła. Czekając na gości, zobaczyłam z balkonu nadjeżdżającą Tereskę. Jakoś długo nie wychodziła z samochodu, a gdy wyszła niosła coś wielkiego i długiego. Rozwinęła. Okazało się, że przywiozła prezent w postaci transparentu na którym był duży napis:

„Nie – Nowina Konopczyna. Nie – Zyta Gilowska. Lecz dla nas przykładem Zenia Dołęgowska” A tak dla przypomnienia podaję, że Halina Nowina-Konopka była posłem I, III i IV kadencji  a Zyta Gilowska posłanką, na Sejm, potem vice premierem i Ministrem Finansów w rządzie J. Kaczyńskiego.

Na innych mych imieninach, na których była też Terenia, zauważyłam, że czasami odruchowo kręci głową. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że to mogą być pierwsze objawy Parkinsona.

Tereska zawsze kochała przyrodę, marzyła o swoim domu w lesie, marzyła o wielkim ogrodzie. Nie pamiętam w jakich to było latach, ale udało jej się kupić kawałek ziemi pod lasem, z pięknym widokiem na górki pod Działoszycamia, potem zbudowała domek, nazywała go domkiem na kurzej łapce. Rzeczywiście był maleńki. Tak jak swoje mieszkanie w Kielcach, w wysokim wieżowcu, tak i ten domeczek urządziła według swojego wyrafinowanego gustu. Gdy pracowała zawodowo każdą wolną chwilę tam spędzała, gdy poszła na emeryturę była tu od wiosny do późnej jesieni. Zapraszała mnie zawsze, ale nie byłam więcej jak 3 razy. Za pierwszym mym pobytem, domek był nowy, ogród rozkwitał kwiatami, rosły na 2-3 metry kolorowe hortensje. Kiedy byłam raz ostatni, Tereska była już chora, moje przypuszczenia sprzed lat okazały się  prawdziwe, to Parkinson. Z trudem poruszała się, ręce  nie mogą utrzymać szklanki ani łyżki, traci równowagę.

Boje się, że na wiosnę nie odwiedzi swego domeczku i ukochanego ogrodu.

W tej jakże trudnej sytuacji , Tereska nic się nie zmieniła, nie narzeka, nie chce zawracać głowy nikomu, dzielnie znosi wszystkie dolegliwości. Zapytacie, a co rodzina? Jest i chce zajmować się swoja mamą i babcią, ale Tereska uważa, że ciągle powinna sama sobie dawać radę.

W tej sytuacji, myślę o ludziach, którzy wiecznie są niezadowoleni, ciągle narzekają, w koło widzą zło i niechęć ludzką a tu spotykam się z człowiekiem chorym, bardzo chorym, ale pełnym dobroci i zrozumienia dla wszystkiego i dla wszystkich.

O spotkaniu z książką i jej autorką

Jeżeli to będą czytać mamy, wszystko jedno czy bardzo młode, młode, starsze  czy zupełnie stare, każda z nich zapewne powie, że  największym szczęściem jest mieć   dzieci, a jeżeli jeszcze do tego dobre i mądre dzieci, to szczęście wtedy nie zna granic.

 Ja niestety jestem w grupie tych najstarszych mam, ale może dlatego moje szczęście trwa długo, bardzo długo, bo całe 66 lat. Pisze o mojej córce Miruni.

Jakież to było wielkie szczęście gdy w izbie porodowej w Kudowie, przyszła na świat mała, może nie zupełnie mała, bo ważyła 3,85 kg. dziewczynka. Rosła, chyba też nie tak szybko, jakby młoda mama chciała. Praca, praca, szkoła, szkoła, początek studiów i maleńkie dziecko. Pieluchy tetrowe, pranie i gotowanie w poniemieckim wielkim kotle, prasowanie. Noce nieprzespane, spacery, częste choroby i tak w koło, ale radość była zawsze wielka. Żłobek (to chyba najgorszy okres, bo nie mogłam znieść płaczu gdy się oddalałam), potem przedszkole. Lubiła go, uczyła się chętnie  wszystkiego, śpiewała, malowała, przedstawiała, zaczęła czytać. Potem klasa pierwsza, i następne. Same radości,  piątki, nagrody, udziały w konkursach, olimpijskich eliminacjach.

Nic się nie zmieniła gdy stała się uczennicą Liceum Sztuk Plastycznych. Zupełnie niespodziewanie dla mnie po 5 latach nauki, zmieniła zainteresowania i stała się studentka na studiach politycznych. Nie protestowałam, przyjęłam z pokorą może i dlatego, że polityka interesowała mnie od zawsze, tak zresztą jest do dziś. Doktorat.

O ślubach pisać nie będę, ten pierwszy już się nie liczy, a o tym  drugim choć ważny, można tylko myśleć, wspominać męża z za grobu.

Wczoraj radość moja była wielka. Przyjechała z odległej Warszawy, tak jak zwykle, co dwa tygodnie i przywiozła ze sobą ostatnio wydaną książkę „Suknia i fartuszek”. Jest to jej ósma książka. Nie wszystkie dotyczą masonerii. Pisała o Boy, o Starkiewiczu na Górce w Busku Zdroju, a nawet o harcerstwie. Z ostatniego tytułu można się domyśleć, że jest to książka na temat masonerii z którą związana jest prawie 30 lat. Obserwuję ją jako matka od zawsze, również w tym ostatnim masońskim okresie. Powoli, ale ciągle zmienia się, z dobrego na  lepsze. Jest mądra, rozważna, dobra, co raz  spokojniejsza. Człowiek dla niej jest najważniejszy. Uwielbiam nasze dyskusje na różne tematy: polityczne, religijne, rodzinne o  sprawach i problemach innych  ludzi.

I ja stałam się spokojna, wiem, że mogę na nią zawsze liczyć, nigdy nie zawiodła, zawsze dotrzymuje słowa, nigdy się nie spóźnia, jest jak opoka.

Z wielką radością  powitałam w tym dniu moje „przyszywane córki”, siostrzenicę Anię i przyjaciółkę Marysię, które zechciały skorzystać z naszego zaproszenia i przyszły na spotkanie z Mirunią i jej książką. Moje „przyszywane” córki to inne zagadnienie,  jestem szczęśliwa, że i one są w moim życiu długie, długie lata. Dziękuje Wam „dziewczynki”.

Mord z przeszłości!

Kiedy Marta ogłosiła, że jedziemy na wycieczkę do Michniowa, wiedziałam natychmiast że pojadę. W tym miejscu byłam po raz pierwszy w latach 70- tych i zapamiętałam go na zawsze. Liczba 204  i 9 dni kotłuje się w mojej głowie od tego właśnie czasu. 204 to ilość osób zamordowanych, spalonych w domach i stodołach a 9 to najmłodszy człowiek – dzieciątko zamordowane tuż po urodzeniu, przez hitlerowców. Aż dziwne, że przyjeżdżając na Ziemie Świętokrzyską, prawie 30 lat po wojnie nie wiedziałam o tym miejscu i bestialskim morderstwie. Sądzę, że wszyscy ludzie mieszkający tutaj o Michniowie wiedzą, ale jeżeli nie, to dla przypomnienia o tym piszę.

O Michniowie dowiedziałam się z wykładu mecenasa Andrzeja Jankowskiego w latach 1972 może 73. Ciekawie i z wielkim zaangażowaniem mówił o Piwniku „Ponurym”, o Wykusie miejscu stacjonowania partyzantki, o „Motorze”, który jak potem się okazało był szpiclem niemieckim, o miejscowych chłopach, którzy pomagali chłopcom z lasu. Pan Jankowski jeszcze żyje, a nawet był na otwarciu Mauzoleum Wsi Polskiej.

Mój „pierwszy” Michniów to stary dom a w nim izba z nielicznymi pamiątkami po tragedii.(spłonęły) Oprowadzała nas wtedy pani Maria Grabińska, której udało się przeżyć, gdyż ze swoim półrocznym dzieckiem  zdołała uciec do lasu. Dzisiaj pani już nie ma, ale długo służyła jako przewodnik i opiekun tego miejsca, aż do roku 2003 kiedy to zmarła. Kustoszem był również pan Tadeusz Obara, michniowianin, świadek pacyfikacji, który umarł w roku 2006 a obecnie jest młoda pani Ewa Kołomańska.

Pomnik na zbiorowej mogile jest ten sam, który powstał z inicjatywy mieszkańców, tuż po wojnie. Na czerwonym piaskowcu wyryto nazwiska zamordowanych. Czytam, jeszcze raz i jeszcze raz i ciągle nie dowierzam, z rodziny Wikło zginęło 19 osób, z rodziny Materków 11, z rodziny Obarów 10 osób. Nie do uwierzenia! Stawiamy znicze, jedni  mówią pacierz, inni pełni zadumy zastanawiają się nad strasznym ludzkim losem. Zapalamy znicze.

Ci którzy mieli „szczęście” i nie zginęli , zostali wysłani do  obozów koncentracyjnych w tym do Oświęcimia, lub na roboty do Niemiec.

To miejsce pamięci ma długą i ciekawą historię. W dniu 22 lipca 1977r. wieś została uhonorowana przez Radę Państwa, Krzyżem Grunwaldu III klasy. W dwa lata później Główna Komisja  Badania Zbrodni Hitlerowskich zgłosiła pomysł utworzenia ogólnopolskiego Mauzoleum Męczeństwa Wsi Polskich. Wybór padł na Michniów. W latach następnych powstał komitet organizacyjny, następnie komitet honorowy, a w roku 1991 powołana została Fundacja „Pomnik – Mauzoleum Pomordowanych ” w Michniowie. Najwięcej starań w tym zakresie wykazało Polskie Stronnictwo Ludowe..

Obecnie Mauzoleum składa się z Domu Pamięci Narodowej, Sanktuarium Męczeńskich Wsi Polskich, cmentarz i mogiły pomordowanych oraz rzeźba Pieta Michniowska.

Po oddaniu hołdu pomordowanym przy mogile, idziemy do Sanktuarium. Wrażenie niezwykłe. Architektura budynku też  niezwykła, ma przypominać chaty chłopskie, które w swej końcówce ulegają całkowitemu zniszczeniu. Przez boczne rozdarcia wpada światło, które ma symbolizować życie, ale i trwogę umierających  michniowian. Wszystkie ściany wykonane są z impregnowanego drzewa z jakiego wykonane były ówczesne chałupy chłopskie.

 We wnętrzu – liczne wystawy, obrazujące życie ludzi w przedwojennej biednej wsi świętokrzyskiej, walkę w konspiracji i tu liczne zdjęcia partyzantów. Największe wrażenie zrobiła na mnie fotografia na której widzimy część dowódców Zgrupowania: „Nurt”, „Ponury”, „Mariański” a w śród nich „Motor” uśmiechnięty i zadowolony, agent niemiecki, który był bezpośrednim sprawcą tego mordu.

Potem obrazy z pacyfikacji. Niemcy, płonący dom pana Materka, tlące się zgliszcza domu Obarów, szczątki ludzkie w zgliszczach zagrody Walentego Dulęby, ciało dziecka spalonego w czasie pacyfikacji. Ciarki przechodzą po ciele.

Czytam różne zarządzenia Generalnego Gubernatorstwa np. o obowiązkowych dostawach, co i ile należy dostarczyć, co grozi gdy nie wypełni się nałożonych kontyngentów, jakie chłop może otrzymać „nagrody”, jedna z ważniejszych nagród to wódka.

Wchodzimy w ciemny korytarz, tutaj znajduje się wystawa poświęcona Żydom i tym wszystkim mieszkańcom  wsi polskich, którzy ukrywali ich, dając schronienie. Nazwiska osób, które otrzymały medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Powoli wychodzimy na zewnątrz. Przed nami las krzyży. Każdy z nich obrazuje zniszczoną wieś a takich w Polsce było ponad 800. Jeszcze raz spoglądam na Pietę, na pomnik – grób, wiem, że nigdy tego nie zapomnę. Może dlatego, że sama jestem dzieckiem wojny.

Droga E-7

Dni biegną jak szalone. Od dnia zmarłych upłynął już tydzień a ja ciągle myślami jestem w drodze, na cmentarz do Sosnowca.

 Minęło pół wieku gdy tą drogą niezmiennie (nie taką samą ) jedziemy. Początkowo gdy rodzice moi jeszcze żyli, jeździliśmy raz lub dwa razy w miesiącu. Potem gdy zabrakło taty a potem mamy, podróże stawały się rzadsze, dwa, trzy razy w roku i tak jest do dziś. A kiedy zabrakło i Tadzia (męża) jedziemy z córką mniej więcej z tą samą częstotliwością. Obowiązkowo na Wszystkich Świętych. Jakże mogło by być inaczej. Jedziemy samochodzikiem i  wspominamy, dokładnie tak samo jak  wczoraj, i jak przed laty.

Jeszcze nie tak dawno do samochodu zabierałyśmy akcesoria służące do sprzątani: wiadro, szmaty, szczotki, środki czyszczące, kwiaty, wiązanki, długie wieńce, które sama plotłam, a które otaczały cały duży pomnik, no i oczywiście światła. Po dwóch i pół godzinach jazdy( dzisiaj wystarczą 2 godziny, droga nie ta, zdecydowanie lepsza), wysiadałyśmy sprzątając i szorując nagrobek. Od pewnego czasu, kiedy to stałam się autentycznie starszą panią, sprzątanie przekazała córka firmie sprzątającej, która ze swoich obowiązków wywiązuje się zupełnie dobrze.  Tym razem wieziemy ze sobą tylko wiązankę wykonaną już nie przeze mnie a znawczynią tego rzemiosła z Chęcin, resztę kupi się przed cmentarzem.

Wspomnień nie brakuje. Mówimy o tym samym co rok temu, 10 i 20 lat temu. Droga dobra, jest ciepło i słonecznie. Samochodów niewiele jedzie w tym samym kierunku co my, znacznie więcej w przeciwnym. Wiemy dlaczego tak się dzieje, otóż są to ludzie  ze Śląska i Zagłębia, którzy w minionych latach będąc mieszkańcami biednej Ziemi Świętokrzyskiej,  przyjechali tutaj  w poszukiwaniu pracy i znaleźli ją w licznych zakładach, głównie w Hucie Katowice, a działo to się szczególnie w dobie Gierkowskiej. Jadą by odwiedzić groby swoich bliskich.

Przed nami różne drogowskazy – Jędrzejów, Wolbrom, Skalbmierz, Tunel itp. Nie mogę nie przypomnieć córce, która o tym już dobrze wie, że tutaj w okupację moja mama przyjeżdżała na handel. Trzeba było jakoś żyć, a na wsiach,  w domach chłopskich można było czasami wymienić artykuły kupione nielegalnie u  Żydów, (zanim ich nie stracono w obozach), na chleb, mąkę, fasolę, kaszę.

Powoli zbliżamy się do Książa Wielkiego. I tu następne wspomnienia. Tą drogą w latach, 80 ale i 90-tych jeździłam służbowo do Krakowa. Bywało, że jechałam z prof. Henrykiem Belowskim przewodniczącym Rady Programowej Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Kadr Medycznych w Kielcach, którego byłam dyrektorem, na spotkania szkoleniowe do Akademii Medycznej. Pewnego dnia jadąc tą droga i będąc przed Książem Wielkim, profesor zaczął ciekawie i barwnie opowiadać o swoich polowaniach na króliki. Byłam zdziwiona, dotychczas myślałam że poluje się na zające, ale żeby na króliki? Profesora już dawno nie ma wśród żywych, jego urna z prochami dość długo gościła w  domu, zanim znalazła miejsce na cmentarzu. O tym niezwykłym człowieku myślę często, bo był wzorem, bardzo dobrego, mądrego i życzliwego człowieka, poza tym był wspaniałym chirurgiem i  uczonym.

Już jest Książ Wielki – tu na początku wieku XX urodziła się moja chrzestna Emilia, która długie lata żyła w Sosnowcu na tzw. Szywałówce, by swoja drogę życiową zakończyć na cmentarzu Niwka Modrzejów. Z dala widnieją wieże starego zamku, który  zwiedzałam w czasie gdy zamek był siedzibą szkoły.

Przy drodze już od dawna stoi restauracja Zameczek. Dawny brzydki dom w którym też była restauracja i hotel, nowi właściciele prawdopodobnie Świadkowie Jehowy, zamienili w prawdziwy zameczek, otoczony niezwykłym ogrodem. Wiele razy  zatrzymywaliśmy się z Tadziem, Mirunią, Anią, gdzie jedliśmy różne, najczęściej regionalne potrawy, ale  wspominamy najczęściej  gruszki w sosie waniliowym. Przed restauracją stoi wiele samochodów. Znają renomę tej restauracji.

Zatrzymywaliśmy się tutaj i wcześniej, w tej brzydkiej, starej restauracji, ale to z siostrą Irenką i szwagrem Zenkiem, by zjeść karpika lub doskonałego tatara. Oni  już jechać nie mogą, nie mogą z nami wspominać, gdyż  dawno umarli by patrzeć na nas z tego „w lepszego świata”.

Jedziemy w kierunku Miechowa. Krajobrazy piękne, faliste wzgórza, ziemia doskonała, jak w szkole uczono pszenno- buraczana. Jeszcze widzimy pola nie ściętej kukurydzy i kapusty, dominuje kapusta, bowiem jest to prawdziwe zagłębie kapuściane. I tak od zawsze. Całe lata kupowałam z siostrą Irenką kapustę, najpierw główki, potem już szatkowaną, którą w domu wkładałam z przyprawami do słoików i kisiłam, była na całą zimę. Od paru lat już nie kupuję, chociaż stoisk z kapustą i innym warzywami przybyło, nie kupuję i nie kiszę, bo ile potrzeba kapusty dla jednej osoby, no ile?

Do Miechowa nie wjeżdżamy, bo nie tak dawno powstała nowa, dobra droga aby ominąć to 11 tysięczne miasteczko. Tym razem nie opowiadałam córce o dawnym wojewodzie kieleckim z PSL, który mieszkał w Miechowie, (nazwisko wypadło z głowy,) nawet się nie dziwie bo to było naprawdę bardzo dawno w czasach „przebrzydłego” PRL. Ten właśnie wojewoda należał do świeckiego zakonu bożogrobców a bożogrobcy mieli tutaj w Miechowie swoja siedzibę od czasów średniowiecza.

Już Wolbrom, stąd pochodziła moja znajoma, sąsiadka z Kudowy, która długimi wieczorami opowiadała o swojej rodzinie wolbromskiej, szczególnie bracie, który pracował w dużym przedsiębiorstwie gdzie produkowano opony, ale i o tym jak tuż po wojnie przywieźli meble z Ziem Odzyskanych, do domu rodziców.(pamiętacie słowo „szaber”)

Powoli mijamy maleńką miejscowość  Pazurek, zawsze śmiejemy się z córką z tej śmiesznej nazwy, przy okazji ona wspomina grzybobranie ze swoim pierwszym mężem. Potem już w domu, znawca grzybów, jej Tata Tadeusz ocenił wszystkie zebrane przez nich grzyby, jako niejadalne.

A potem już Rabsztyn. To miejsce owiane legendami, bo przecież znajdują się tu ruiny zamku z czasów średniowiecza. Byłam tu wiele razy, w młodości bez trudu pokonywałam wysokie wzgórze, ostatnio zatrzymuje się u podnóża góry. Ileż to różnych wspomnień związanych mam z tym zamkiem i najstarszą restauracją, która powstała w czasach niesłusznie minionych. Była to własność jakiegoś towarzystwa turystycznego. Cieszyła się wielkim powodzeniem, hotel uważany był za ekskluzywny.

 Przez całe lata oglądaliśmy z okien samochodu, ruiny tego wielkiego zamku, który od XIII wieku był   warownią obronną, a w wieku XVII stał się  rezydencją renesansową. Szwedzi mieli duże „zasługi” w doszczętnym zrujnowaniu zamku. Od tego czasu, ulegał co raz większemu zniszczeniu. Dopiero kilka lat temu rozpoczęto działania, w celu zabezpieczenia murów i ważniejszych elementów. A wiosną tego roku oddano ten stary – młody zabytek, za opłatą, dla turystów.

Wjeżdżamy do Olkusza, srebrnego miasta. Od trzech lat zatrzymujemy się na stacji benzynowej Orlenu i w sposób „nowoczesny” jemy drugie śniadanie zapiekanka lub hood dog. Dla wygody nie wieziemy z sobą kanapek, ani nogi kurczaka, ani suchej kiełbasy i ogórków, które z apetytem jadłyśmy przed wejściem na cmentarz. Nowe czasy, nowe zwyczaje.

Wjeżdżamy na teren Zagłębia Dąbrowskiego. Wspominamy czasy budowy Huty Katowice. Jest już Zagórze, które z dzieciństwa pamiętam jako miejsce pól uprawnych a dzisiaj stanowi dużą część miasta Sosnowiec. Tym razem nie pojedziemy na grób Edwarda Gierka (spoczywa w Zagórzu) bo czasu niewiele, dzień krótki a przecież odwiedzać będziemy wiele grobów ludzi nam bliskich. Na cmentarzu wszystko jak dawniej, ale zaskoczyła nas mogiła kolegi Miruni z czasów wczesnego dzieciństwa Rysia. Mirunia od najwcześniejszych lat przyjeżdżała z Kudowy Zdroju do babci Czesi. Bawiła się z różnymi dziećmi z Rysiem też. Pewnego dnia na ścianie pokoju babci, będącym tuż po malowaniu, znalazł się duży, przepiękny rysunek. Pociąg z długim, bardzo długim dymiącym kominem. Twórcami tego rysunku byli Rysiu i Mirunia.

Grób Mamy, Taty, Tadzia, babci Antosi, cioci Walerii i Wujka Walentego, znajomi –Zenek,  moja koleżanka Wanda ze szkoły, nauczycielka biologii pani Izydora, żołnierze radzieccy i inn.

Końcówka naszej „wycieczki cmentarnej”, muszę odwiedzić swoja przyjaciółkę, znamy się 80 lat (tak 80!!!), jest chora, chora bardzo. Czy doczekamy następnego roku Halinko?