Okupacja – odc.2

Fragment książki Zenony Dołęgowskiej „Nie warto było?” dla moich sosnowieckich przyjaciół

Moje pierwsze pisanie było na książeczce od nabożeństwa. Nie były to litery, a jakieś ołówkowe esy-loresy. Nie wiem, dlaczego na książeczce. Czyżby nie było zeszytów?, a może były dość drogie?, a może były i inne powody. Prawdą jest, że moja edukacja zaczęła się od tego. Natomiast moje pierwsze litery zaczęłam pisać z mamą na szybie. Gdy dmuchało się na zimną szybę, powstawała mgła i wtedy z łatwością można było pisać litery, ale także ścierać je i znowu powtarzać wszystko od początku. Znając technikę pisania na szybie, stosowałam ją ucząc swoje koleżanki, nie zawsze młodsze ode mnie. Mówiłam, że jestem „ucicielką”.

To było zanim poszłam do szkoły. Miałam 6 lat – był rok 1940. Bardzo chciałam się uczyć. 1 września poszłam z siostrą Irenką, która była uczennica klasy 7, na rozpoczęcie roku szkolnego. Miałyśmy iść do kierownika szkoły i prosić go o zapisanie mnie do klasy pierwszej. Przyjął nas w kancelarii szkolnej, wysoki, szczupły mężczyzna i chętnie z nami rozmawiał. Nazywał się Kozakiewicz. Kiedy przedstawiłam mu swoją prośbę, wówczas powiedział: „Dziecko wracaj do domu i baw się lalkami”. Rozpłakałam się szczerze i serdecznie. W pewnej chwil powiedział , bardziej do siostry niż do mnie: „Przyjdźcie za dwa tygodnie”.

Znacznie później zrozumiałam, że chodziło o to, bym przyszła do szkoły, gdy wszystkie dane statystyczne wysłane zostaną do   niemieckich władz oświatowych. Dzieci młodszych nie można było do szkoły przyjmować. Po tym czasie znalazłam się w szkole w miejscowości Dańdówka, oddalonej od naszego domu mniej więcej o 1 km. Uczyła nas prześliczna pani, Leokadia Śledziewska. Była szczupła wysoka, miała blond włosy uczesane w śliczne loczki. Dla dzieci była miła, dobra i wyrozumiała. To były szczęśliwe miesiące.

Na początku roku 1941 poinformowano nas, że szkołę likwidują i przenoszą gdzie indziej. W budynku dotychczasowej szkoły powstał obóz jeniecki, dla Anglików, a uczniów przeniesiono do różnych domów. Nasza pierwsza klasa mieściła się w szarym budynku w oficynie. Potem dowiedziałam się, że z tego budynku wysiedlono Żydów, których być może przetransportowano do getta  w Sosnowcu lub bezpośrednio do obozów zagłady.

Nie uczyła nas już dobra, piękna Pani. Mieliśmy starsza nauczycielkę o nazwisku Pindor. Była wymagająca, rygorystyczna i nie pobłażała nikomu. Wiele chłopców zapewne pamięta trzcinowe rózgi, maczane w wodzie. Z dzisiejszego punktu widzenia śmiało mogę powiedzieć, że choć była zbyt surowa, to uczyła dobrze.  

 Uczyliśmy się tylko dwie, trzy godziny dziennie następujących przedmiotów: polskiego, rachunków , rysunku i śpiewu. Nie było przyrody, geografii oraz oczywiście historii. Z tej szkoły zapamiętałam tylko dwoje uczniów – Zenka Rożnowskiego i Ninę (nazwiska nie pamiętam). Zenek był miłym chłopcem, chodził w pięknie wyszywanym serdaczku, ale był strasznym głąbem. Myślę, że zapamiętałam go właśnie dlatego, że pani posadziła nas w pierwszej ławce, abym pomagała mu w nauce. To było trudne zadanie, gdyż zupełnie nie mógł się nauczyć ani czytać ani pisać. Mówił tak, jak pisał, np. wyrażenie „w szkole” brzmiało „wy” – długa przerwa – „szkole”, „wy” przerwa w „klasie” itp. Klasa się śmiała, a ja miałam poczucie winy, że nie zdołałam go nauczyć.

Ninę zapamiętałam z innego powodu. Była ładna, pięknie ubrana, z wytworną kokardą na głowie. I dzisiaj, kiedy patrzę na moje pierwsze zdjęcie, gdzie jest cała pierwsza klasa, Nina wyróżnia się zarówno strojem jak i urodą. Mówiło się że jest „folksdojczką” – może?

Pierwsze świadectwo, jakie otrzymałam po pierwszym półroczu klasy pierwszej, było odbite na powielaczu i miało tylko dwa stopnie z religii i pozostałych przedmiotów. Były to piątki. Szłam do domu droga na skróty koło tzw. burlohu. Uważnie przyglądałam się świadectwu, odczytywałam każdy wyraz i – jak w takich przypadkach, nie ominęłam kałuży, do której pofrunął ten najbardziej kochany papier. Był mokry i brudny. Płakałam rzewnymi łzami. Byłam szczęśliwa i jednocześnie nieszczęśliwa. Biegłam do mamy pochwalić się pierwszym świadectwem, jednakże z uczuciem żalu i rozpaczy.

Wydaje mi się, że byłam dobrą i  posłuszną uczennicą, jednakże jedno szkolne wydarzenie każe zastanowić się, czy rzeczywiście tak było. Chodziłam już do klasy trzeciej. Odbywała się lekcja języka polskiego. Prowadziła ja wspomniana nauczycielka Pindor. Przywołała mnie do tablicy  i kazała mi pisać takie wyrazy jak liść, kłaść itp. O jaki wyraz chodziło, nie wiem, ale trzykrotnie pisałam, a ona mówiła „nie”, „nie”, „nie”. W momencie, kiedy trzeci raz powiedziała „nie”, rzuciłam kredą o tablicę i wyszłam z klasy. Czy i jak zostałam ukarana, nie pamiętam, ale był to pierwszy i nie ostatni bunt przeciw dorosłym. Trochę podobna, choć niezupełnie , była sytuacja, kiedy ta sama nauczycielka przyniosła poprawione dyktando. Czerwonym atramentem podkreśliła wyraz „japko”. Po dokładnym przyjrzeniu się podeszłam do katedry, gdzie nauczycielka siedziała, i powiedziałam, że tu jest źle poprawione, gdyż ja wyraźnie słyszę „p”. Długo nam wszystkim tłumaczyła, kiedy się pisze „b” , chociaż słyszy się „p”. Takich błędów już potem nie robiłam. (c.d.n.)

Ja ze swoją siostrą Irenką zdjęcie zrobione w roku 1940 lub 41 w zakładzie fotograficznym w Klimontowie Foto Ćwikło

Moje świadectwo z półrocza klasy pierwszej.

Reklama

Okupacja

Fragment książki

Zenony Dołęgowskiej „Nie warto było?” przeznaczony głownie  dla pana Kamila, który zainteresowany jest historią Klimontowa, a w którym mieszkałam od 1935 -1953. Rzecz działa się na tzw. Pastwiskach, w okresie okupacji ul. Eichenstrasse, obecnie ul. Traugutta.

OKUPACJA (1939 -1945)

Pamięć moja sięga do pierwszego września 1939r., dnia rozpoczęcia drugiej wojny światowej. Wczesnym rankiem usłyszeliśmy mocne pukanie do okna i głos pani Klimczakowej, naszej sąsiadki: „Panie Wolski – wojna”. W tym samym czasie wypadły deski z jednego łóżka, na których spoczywał siennik wypchany słomą. Nieco później, może za dzień lub dwa, tato mój dostał kartę powołania na front. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że miał lat 30 a ja 4 gdyż urodziłam się 9 lipca 1935 roku. Przed pójściem na front odprowadzał nas –  mamę, Irenkę, moją siostrę przyrodnią, mnie i moją ukochaną kozę Sarnę. W tobołkach, które nieśli  na plecach, była m.in. pierzynka i niezbędne przedmioty. Szliśmy do babci Antosi Baran, mamy mojej mamy, która mieszkała 2 kilometry od nas, w Klimontowie przy ul. Wiejskiej. Mąż jej Tomasz – górnik, już dawno bo w latach I wojny światowej, umarł na tyfus. Dzieci – Józefa, Waleria, Czesława, Bolesław, Zygmunt i najmłodszy Leon( umarł jako ostatni, pod koniec stycznia 2006 r), założyli własne rodziny i mieszkali oddzielnie.

Jeszcze słyszę płacz nas wszystkich, kiedy ojciec wyruszał na front. Jak długo byliśmy u babci – nie wiem. Pamiętam natomiast niemalże ze wszystkimi detalami noc, a może noce spędzone na polu babci. Tam przebywaliśmy, gdyż miało jakoby być bezpieczniej. Było ciemno. Mama przykryła nas pierzynką, wydoiła kozę i dała nam ciepłego mleka. Nie rozumiałam, dlaczego nasza Sarna mogła tym razem jeść kapustę rosnącą na polu babci bez żadnych ograniczeń! Wiedziałam, że kozę zawsze wypędzało się z kapusty. Mama wytłumaczyła nam, że musimy być cicho i koza również, a będzie cicho tylko wówczas, gdy nie będzie głodna. W dali widoczna była łuna – to Niemcy zrzucali bomby i podpalali domy.

Zbliżały się święta

Zbliżały się święta (fragment książki Z. Dołęgowskiej „Nie warto było”? szczególnie dla moich nieznajomych z Klimontowa Sosnowieckiego)

Zbliżały się święta. Niemcy systematycznie odwiedzali nasze progi. Tuz przed świętami Zenek, chłopak sąsiadów, który czasami do nas przychodził przyniósł choinkę. Wtedy nie wiedziałam, że to dość częste odwiedzanie nas miało najściślejszy związek z Irenka (moja siostra o 7 lat starsza ode mnie). Tuż po wojnie, w 1946r roku , Irenka została jego żoną. W tym dni, a była to wigilia roku 1944, zajrzeli także Niemcy, ale byli jacyś inni, może nawet lepsi. Jeden z nich zagadał do Irenki: „Czy to twój chłopak?” Ona zdziwiła się i zaczerwieniła, zapewne niczego wtedy nie przeczuwała, a może?

Choinkę ubrałyśmy w kolorowe łańcuchy, zawiesiłyśmy 3 baletnice zrobione, z białej, różowej i niebieskiej bibuły. Długo jeszcze po wojnie służyły nam jako ozdoby choinkowe. To były bardzo smutne święta (mama była w więzieniu, ojciec ukrywał się). Byłyśmy same, zajrzał do nas tylko Zenek. Ojciec nie przyszedł, chociaż to czynił wielekroć, zresztą słusznie, bowiem święta były doskonałą okazją do „niemieckich wizyt” Odwiedziny ojca też zawsze kojarzyły się z lekiem i strachem. Przychodził najczęściej w nocy, przynosił trochę żywności i drewno na podpałkę. Chciał wiedzieć, jak sobie radzimy. Ja w tym czasie stałam na czatach, spoglądałam na drogę, czy czasami nie idą Niemcy. Miałam tylko jedno marzenie, aby już poszedł, aby Niemcy go nie zastali.

Tuż po świętach Irenka poszła znowu do mamy.(czyt. stała na drodze, naprzeciwko bloku w którym mama przebywała). Ja w tym czasie starałam się zrobić dla siebie i dla niej posiłek. Spiżarnia była prawie pusta. W piwnicy były jeszcze ziemniaki, w pół szafce trochę mąki, i na półeczce wiszącej w sionce ostatni kawałeczek słoniny. Doszłam do wniosku, że z tych wiktuałów można zrobić kluski ziemniaczane. Zabrałam się do pracy. Ziemniaki obrałam i zaczęłam trzeć na tarce. Było to zadanie nie lada, dla rąk 9- letniej dziewczynki. Z trudem małe paluszki obejmowały ziemniak i zbyt często zamiast ziemniaka , „ucierała” własne palce. Masę wycisnęłam przez szmatkę, dodałam mąki ulepiłam podłużne kluseczki. Okazało się, że wyszło zaledwie 7 kluseczek, była to taka ilość, że z biedą mogło wystarczyć dla jednej głodnej osoby. Pokroiłam słoninkę i okrasiłam kluski. Przyglądałam im się z wielkim pożądaniem, nie wytrzymałam, zjadłam jedną. Irenka wróciła i była bardzo zadowolona z gotowego i ciepłego posiłku. Nie omieszkała jednak zapytać „jadłaś Zeniu”?. Odrzekłam – „oczywiście”. Jadła ze spokojem i ogromnym apetytem, nie wiedząc, że one są nie tylko z ziemniaków i mąki, ale także z krwi.

Tuż po świętach, a może to było w innym czasie, Niemcy zapędzili nas do kopania okopów. Z każdego domu wszyscy musieli się zgłosić, bez względu na wiek i płeć. Dlatego i ja znalazłam się w tym towarzystwie, chociaż nie miałam więcej jak 8 lat. Pamiętam jak z ochotą zabrałam się do pracy. Widocznie tak wydajnie pracowałam, że któryś z nadzorców niemieckich pochwalił mnie, gdy innych wyraźnie ganił. Już po odpracowanej dniówce, zapewne po reprymendzie Irenki lub kogoś z dorosłych, zrozumiałam że nie należy pracować dla Niemców, a wręcz przeciwnie. Wstydziłam się i to uczucie wstydu towarzyszyło mi bardzo długo, jeszcze wiele lat po wojnie.

Poznał pół Świata

Jak każdego ranka zajrzałam na stronę Facebooka . Zamarłam, przed oczami ukazała mi się klepsydra. Zmarł  Andrzej Walczak, człowiek którego niedawno poznałam a który zwiedził ze swoją żoną Teresą niemalże pół świata jadąc swoim kamperem. O swych podróżach pisał artykuły  „Kamparem przez świat”. Jego opowieści czytałam z zapartym tchem, byłam z nim w Mongolii gdy jechał przez pustynię i stepy, byłam z nim  na Bliskim Wschodzie, w Rosji bliskiej i dalekiej, w Afryce, w południowej Europie. Wszystkie opowieści były niezwykle ciekawe i dlatego czytałam, czytałam, czytałam….

Nie mam pojęcia kiedy , jak to się stało i kto mi to powiedział, że Tereska mieszkająca obecnie z mężem  w Krakowie, była mieszkanką Kudowy. Wszystko co związane  z Kudową , jest mi drogie i bardzo bliskie. Dowiadywałam się i okazało się, że znałam jej rodziców, pamiętałam gdzie i na jakiej ulicy mieszkali, pamiętałam Janka, jej brata, który chodził do „mojej” szkoły, gdzie byłam kierowniczką, a nawet uczęszczał do tej samej klasy, co moja córka Mirunia. Nie pamiętałam jednak Tereski, jak później się okazało chodziła do szkoły nr 2 a więc nie mojej.

Nic o jej mężu, słynnym podróżniku nie wiedziałam, poza tym co ukazywało się w Internecie. Ostatnimi czasy, chyba w ubiegłym roku czytałam, że zamierzają pojechać do Ameryki. Zastanawiałam się jak logistycznie to opracują. Jak i czym pojadą, przecież Atlantyk stanie na ich drodze. Czy dostaną się statkiem, samolotem , a co z kamperem? Same znaki zapytania, a ile trzeba będzie mieć pieniędzy na taki wyjazd?  Myśląc o ich drodze do Ameryki zupełnie niespodziewanie przeczytałam, że tego roku zostaną jednak w Polsce i to nad Nidą. Przecież to mój region pomyślałam, moja Nida, a może by ich tak zaprosić, przecież Czerwona Góra leży niemalże nad tą rzeką.

I tak się stało, zaprosiłam i natychmiast Tereska odpowiedziała, że tak, że chętnie, ale kiedy przyjadą dadzą znać. Tymczasem oglądałam zdjęcia przez nich wykonane, pola, lasy, łąki zielone nad Nidą, ich  kamper, oni siedzący wieczorem nad rzeką. Pięknie, spokojnie, powiem że leniwie. Wreszcie telefon. Przyjadą. Był to sierpień. Myślałam co i jak ich przyjąć , jak ugościć, żeby było godnie i  tak jak trzeba.

Kamper który przejechał  pół świata stanął na parkingu, w pobliżu mojego domu, wyszłam na balkon, machałam, wybiegłam na schody, przywitałam. Weszli, on wysoki, szczupły, taki jak na zdjęciach, które oglądałam wiele razy, ona ładna, zgrabna i bardzo miła, chętna do rozmowy. Przy stole, zaczęliśmy rozmawiać. Zaczęło się od Kudowy, jej rodziców, jej brata i  wtedy dowiedziałam się , że Jasiu był zakochany w Miruni, że ona poprawiała mu listy, które do Miruni pisał, a które nigdy do niej nie dotarły. I kiedy rozmowa nabrała rozmachu, zapytałam ile to trzeba mieć pieniędzy, aby udawać się na takie wyprawy.  A on wtedy odpowiedział, że oni dlatego podróżują, że po prostu nie mają pieniędzy. I zaraz potem wyjaśnił, oboje są na emeryturze, pieniądze nie wielkie, bo zarówno jej jak i jemu zgodnie z zasadą „sprawiedliwości społecznej” ( wojskowy i milicjantka w PRL)  obniżyli maksymalnie emerytury. Wtedy oni wyliczyli, że jeżeli nie będą płacić za czynsz, światło, wodę, gaz to zaoszczędzą na podróż. Wyżywienie w krajach biednych jest w zasadzie tańsze niż w Polsce. Z biegiem lat kiedy o ich podróżach było głośno, znaleźli się sponsorzy.

Rozmowa toczyła się, było miło i przyjemnie do momentu, gdy Teresa weszła ze mną do kuchni i powiedziała, że mąż jest chory na raka. Wyjechali sami bo chcieli zwiedzić Chęciny, potem jednak spotkaliśmy się w hali sportowej gdzie było spotkanie z burmistrzem Chęcin, byli zachwyceni halą, podobało się wystąpienie burmistrza. Przed wieczorem wyjechali, ale przedtem pokazali mi swój kamper. Podziwiałam. Salonik, sypialnia, kuchnia, wszelkie urządzenia elektryczne niezbędne w podróży. Po prostu komfort.

Potem nadeszły zdjęcia, które zrobiła Teresa. A potem był telefon (październik), rozmawiała Teresa ale i On. Był w szpitalu w Krakowie i chciał się dowiedzieć gdzie kupiłam urnę w której  przechowuję  prochy Tadzia. Odpowiedziałam, że córka dokonała tego zakupu w Egipcie, ale od tej chwili  byłam pełna niepokoju. Wiedziałam że jest chory, ale śmierć i to taką szybką odrzucałam (25 listopad 2022). Niestety przyszła. Żegnaj Andrzeju, zostaniesz zawsze w mej pamięci.

O kolanach i nie tylko

 Dzieciństwo to okres w życiu  małego  człowieka piękny,  ale i trudny,  ma wiele doświadczeń  związanych z  upadkami wszelkiego rodzaju, na czoło jednakże wysuwają się upadki na kolano lub  kolana. Ile to razy człowiek przewrócił się, ile razy płakał będąc przekonanym, ze nic smutniejszego w życiu nie może go spotkać.  Opatrywał to bolące kolano w różny sposób. Gdy mógł biegł do mamy szukając pomocy i ratunku. Ja osobiście, po upadku,  szukałam liścia „babki” i okładałam bolące kolano. Czy pomagało, już nie pamiętam. A kiedy rana zaczęła się goić , to dopiero był ból. A ileż razy człowiek upadł jeszcze raz na to bolące kolano!. Dobrze gdy mama była w pobliżu , pomagała, pochuchała, współczuła i zaraz robiło się lepiej.

Kolano służyło jak sama nazwa mówi, do klęczenia. Przede wszystkim w kościele będąc na mszy. Ileż to razy należało klęknąć, aby potem powstać. Nigdy nie liczyłam, ale było to zdecydowanie jak dla mnie za wiele. Byłam dzieckiem pobożnym, klęczałam nie tylko w kościele, ale i pod kapliczką, którą mieszkańcy postawili podczas okupacji niemieckiej. Początkowo zatrzymywałam się i klękałam na dwa kolana, potem na jedno, dzisiaj kapliczka jest bardzo daleko i jeżeli nawet zdarzy się przyjechać na stare miejsce i przechodzić koło niej, już nie klękam, całkowicie świadomie.

W  wieku poważniejszym też dużo  klęczałam szczególnie w ogródku przy plewieniu. Początkowo na gołych kolanach, potem na różnych podkładkach, aby było wygodniej, nawet zamierzałam kupić w Internecie coś na wzór klęcznika, ale tego już nie zrobię, bo po prostu klęczeć nie mogę.

Leczenie

Kolana a szczególnie to jedno lewe, odmawia posłuszeństwa, po prostu boli szczególnie przy chodzeniu. Jak w takich sytuacjach, człowiek szuka ratunku u doktora lub doktorów. Szczęście to ja jednak mam, bo przychodnia nie jest daleko, jeszcze bliżej szpital i wszystkie poradnie specjalistyczne a i miasto wojewódzkie gdzie lekarzy pod dostatkiem, też nie jest daleko. Wydawało by się, że pomoc będzie natychmiastowa. Wydawało by się….

Zacznę od początku. Kiedy tylko zaczęło boleć kolano udało mi się po nie bardzo długim czekaniu, dostać się do ortopedy. Przepisał 3 zastrzyki po 200zł każdy. Miałam je brać w odstępach tygodniowych. Kupiłam, wzięłam i czekałam na poprawę. Nawet było trochę lepiej  przez pewien czas, kiedy zaczęłam się cieszyć, że pomaga, ból wzmógł się.

 Postanowiłam ponownie udać się do jeszcze lepszego, w całym tego słowa znaczeniu, bardziej wykształconego i ze specjalizacjami ortopedy, ale już za prawdziwe pieniądze. Prawdziwe to wizyta 200zł. i 2 zastrzyki po 700zł każdy (miały pomóc na kolano i biodro, bo związek między jednym i drugim jest oczywisty). Tym razem pomogło na parę miesięcy..

Potem  jeszcze raz ten sam ortopeda i jeszcze raz prawdziwe pieniądze za wizytę i dwa zastrzyki, tak jak poprzednio po 700zł, ale tym razem już nie pomogło. Ponieważ emeryckie pieniądze mają to do siebie, że nie są za wielkie, postanowiłam „przeprosić” się z państwową służbą zdrowia i iść na dalsze leczenie do ortopedy przyjmującego w poradni przyszpitalnej. Termin nie był zbyt odległy, czekałam tylko miesiąc i jak dawniej młody  poradniany lekarz, przepisał 3 zastrzyki do kolana, po 200zł każdy, plus rehabilitacja. Rehabilitacja to osobny rozdział, ale o tym później.

Badanie – USG

Podczas jednej  z wizyt , ortopeda stwierdził, że prześwietlenia, które wcześniej wykonywałam są      niewystarczające i trzeba zrobić USG. Wręczył mi skierowanie do Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego, bo w miejscowym szpitalu koło którego mieszkam,  nie ma już kto wykonywać USG. Zrozumiałam. Nie protestowałam. Postanowiłam telefonicznie ustalić termin badania. Telefon jeden, drugi, dziesiąty, niestety nikt nie odbierał.

Niech się dzieje co chce pomyślałam, może wyskrobie jakieś pieniądze i zaczęłam dzwonić do gabinetów prywatnych. Jeden z nich odezwał się natychmiast. Zaproponował badanie za m-c. za 150zł. Niech już tak będzie, pomyślałam i zapisałam się. Miesiąc zleciał i swoim „mercedesem” udałam się na ul. Paderewskiego. Przy okienku, bardzo grzecznie poinformowała mnie pani, że lekarza, który wykonywał  USG nie będzie do końca roku, bo się szkoli. Stanęłam jak wryta, nie mogłam uwierzyć, bo przecież mogli mnie o tym powiadomić . Po pewnej jednak chwili zaczęłam racjonalnie myśleć i postanowiłam jechać do  szpitala Zespolonego, do którego przecież miałam skierowanie. Dojechałam. Nigdzie stanąć nie można, wszystkie miejsca zajęte, na nic się zdała moja karta inwalidzka. Po dłuższym czekaniu i rozglądaniu się ktoś samochodem wyjeżdża. Cudownie. Do szpitala jednak dość daleko. Z trudem wychodzę z samochodu, boli, kuśtykam, ale doszłam, jest winda. Jaka ulga. Rejestracja. Pani dziwi się, że tu przyjechałam, tłumaczy że powinnam zrobić to badanie w swoim szpitalu, ja też wiem, że tak być powinno. Po dłuższych wywodach zapisuje mnie na 27 listopada. Godzę się na wszystko.

A tu zbliża się termin następnej wizyty u ortopedy gdzie mam przedstawić wynik z USG. Lekarz pyta czy mam  wynik, odpowiadam że nie, wyraźnie jest niezadowolony, ale daje mi zastrzyk ze sterydami, zastrzega, że mogę dostać jeszcze jeden taki zastrzyk i radzi iść do radiologa, jego znajomego, na ulicy takiej a takiej. Zastrzyk pomaga, mniej mnie boli, mogę wejść na schody a pani z gabinetu radiologa odpowiada, że mogę przyjść na USG za 3dni. Oczywiście zjawiam się. Lekarz miły, robi co trzeba, za chwilę mam wynik w garści. Czytam, staram się zrozumieć, nie bardzo wiem o co chodzi. Do akcji włącza się córka. Jej dobry znajomy lekarz walczący z bólem u pacjentów  mówi , że kolano jest zniszczone, zapewne nikt nie zechce operować, bo to przecież wiek, że konsekwencje itd. ale czasami pomaga leczenie izotopami. Myślimy o izotopach, czytam w internecie co i gdzie, ale swoją drogą idę po radę do mojego starego, wykształconego, ze specjalizacjami ortopedy. Ogląda wynik, zastanawia się i radzi wstrzykniecie osocza , może to zrobić nawet w tej chwili za 750zł. Nie wiem co robić, zastanawiam się. Przede mną jeszcze tylko 1 zastrzyk ze sterydami, który mi rzeczywiście pomaga, wiem, że nie leczy, ale pomaga. No i jeszcze ma być rehabilitacja.

Rehabilitacja

Dostałam skierowanie w lipcu. Dzwoniłam, podałam wszystko  o co mnie pytano oraz numer kodu. Pod koniec rozmowy otrzymałam wiadomość, że rehabilitacja będzie pod koniec października. Dzwonię pod koniec października pytając kiedy mam przyjść. Otrzymuje odpowiedź, że mnie w ogóle nie ma na liście do rehabilitacji. Nic nie pomaga gdy mówię, że dzwoniłam 8 lipca i znam kod jaki im wtedy podałam. Żadne argument nie pomagają. Ostatecznie pani kierowniczka odkładając telefon, mówi, że musze mieć nowe skierowanie, albo iść do innego miejsca gdzie jest rehabilitacja. Jestem wściekła. Wina ze strony działu rehabilitacji jest ewidentna, ale co z tego! Proszę lekarza o nowe skierowanie, mam rozpocząć  rehabilitację 17 stycznia 2023r.W miedzy czasie byłam zmuszona skorzystać z prywatnej rehabilitacji. Koszt 1000zł.

Pisze o tym wszystkim nie dlatego by się skarżyć, bo wiem, że jest to bezskuteczne, aby uświadomić sobie i innym, ŻE NASZA POLSKA NARODOWA SŁUŻBA ZDROWIA JEST SAMA CIĘŻKO CHORA I NIE MA CO NA NIĄ LICZYĆ.

Już po świętach

 Odwiedzin było mniej niż należało, nie próbuje wyjaśnić co i dlaczego, ale daje słowo, że nie wynikało to z lenistwa, niechęci lub niedocenienia wartości tych przecież ważnych„ świąt zmarłych”. Na tym jednym, najważniejszym cmentarzu gdzie spoczywają moi rodzice i mąż Tadeusz, jestem każdego roku. Spoczywają tu moi najdawniejsi znajomi, koleżanki i koledzy z ulicy i ze szkoły, sąsiedzi.  Przechodząc koło tych grobów, przypominam sobie różne sytuacje z ich życia, zwyczajne, smutne, poważne, ale i zabawne.

Wanda leży koło „mojego grobu”, chodziłam z nią do 6 klasy szkoły publicznej w Klimontowie (dzisiaj Sosnowiec). Orłem w nauce  nie była.  Kiedyś nauczycielka fizyki prowadziła lekcje  na temat „trzech stanów skupienia”. Wandę wywołała do tablicy. Miała dać przykłady każdego z tych stanów. Wanda ani w ząb, tak jakby nie rozumiała o co nauczycielka pyta. W różny sposób naprowadzała uczennicę na prawidłową odpowiedź. Niestety nic nie pomagało. Wreszcie mówi, a jakim stanem skupienia jest np. gęś ? A Wanda na to „lotnego” nauczycielka dalej, ale dlaczego” Bo gęś lata.” Wanda dzisiaj miałaby 90 lat.

Nieco dalej przy głównej alei , jest grób a na nim zdjęcia państwa Cupiałów. Zatrzymujemy się z córka, a ona jak każdego roku, opowiada to samo. Pan Cupiał jako jedyny (na ulicy gdzie mieszkała nasza babcia do której Mirunia przyjeżdżała)kupował w kiosku „Trybunę Ludu”. Inni kupowali Gazetę Robotniczą, a on nieustannie kupował tę jedną jedyną. Do końca był wierny. To zapamiętała Mirunia, która pomagała babci  handlować w kiosku ruchu, który prowadziła babcia.

Skręcamy w lewo, zatrzymujemy się przy grobie 48 żołnierzy Armii Czerwonej. Każdego roku zapalamy znicze, czasami dajemy kwiatki i zawsze ja przypominam jak to było kiedy z prowizorycznego grobu na górce klimontowskiej nastąpiła ekshumacja i sprowadzono rozkładające się zwłoki na cmentarz. Mam wrażenie , że do dzisiaj pamiętam ten niesamowity odór z rozpadających się ciał. Polegli w styczniu 1945r. ekshumacja odbyła się latem.

W dużym rodzinnym grobie leży moja nauczycielka biologii z podstawówki. Pani Izydora Chytra, była bardzo dobrym nauczycielem. Już po wojnie kiedy przyjeżdżałam do mamy  dowiedziałam się, że przystąpiła do Świadków Jehowy. Jaka to wtedy była  sensacja, nauczycielka – Jehowa. Dzisiaj jesteśmy dalej, w lepszym świecie, mało komu przeszkadza „Jehowa”.

Po prawej stronie grób niepozorny, mojej babci Antoniny. Zawsze przy tym grobie opowiadamy jak to przychodziła wczesnym rankiem do mojej mamy, aby pomóc przy okopywaniu ziemniaków, jak to w jej domu żegnaliśmy ojca, który szedł na front, jak sprzedawała bardzo dobry biały barszcz, jak to na kredensie stał bibelot – kura na jajkach. Zawsze chciałam mieć to cudo, ale zabrała go po śmierci Jasia, moja kuzynka. Wreszcie opowiadamy o tym , że babcia zmarła jako najstarsza w rodzinie , miała 82 lata.  Wówczas ja mówię, że przeżyłam  babcie o całych 5 lat. Wtedy córka poprawia mnie  i mówi, że najwięcej lat jak umarł to  miał wujek Leon bo skończył  94. Wtedy ja w cichości ducha myślę, brakuje mi całych 7 lat. Czy warto? 

Zbliżamy się do grobu cioci Walesi i jej męża. Gdy wspominamy ,zawsze mówimy, że to „ciocia z portretu”. Po jej śmierci portret z jej wizerunkiem znalazł się w moim domu, a obecnie strzeże domowego ogniska mojej wnuczki Oli. Ciocia przez całe życie była bardzo i to bardzo oszczędna. Mniej wyrozumiali mówili, że była po prostu chytra. Dzieci częstowała jedną landrynką, a dorosłych jednym kieliszeczkiem wódki. Kieliszek z wyglądu był duży bo miał grubą podstawę ze szkła, ale  płynu zawierał nie więcej jak 25 gram. Po śmierci siostra i brat znajdowali w różnych miejscach nie małe ilości pieniędzy, ponieważ to była zgodna rodzina, sprawiedliwie podzielili wśród pozostałych członków rodziny. Okazało się, że przepisała dom na jednego z młodszych członków rodziny, a więc czy była chytra?

W obliczu śmierci wykazała wielki chart ducha, postanowiła umrzeć  na swoich warunkach. Kiedy uznała, że nic nie pomoże, powiedziała siostrze i bratu, że od dziś nie będzie nic jadła, bo chce umrzeć. Tak zrobiła.

Zatrzymujemy się jeszcze przed jednym grobem. W pobliżu znajomi i dalsza rodzina. Dostrzegamy nowy napis. Okazuje się, że umarł kolega Miruni z lat przedszkolnych. Oboje przyjeżdżali do swoich babć i dziadków. Oboje bawili się zgodnie. Pewnego razu Rysiu niepostrzeżenie narysował na ścianie mieszkania swojej babci duży, bardzo duży pociąg z wielkim, kręcącym się  dymem, który wydobywał się z wielkiego parowozu. Nie ma Rysia, nie ma babci, dziadka, nie ma ojca, umarła i matka w odstępie kilkudniowym od śmierci swego syna, Rysia od pociągu.

Ogród, ogródek, ogródeczek

Mój jest mały, malusieńki, ma niecałe 100 m2. Czy to możliwe,  aby taki maleńki skrawek ziemi stał się w czyimś życiu  ważny i niezbędny. Gdyby mi ktoś opowiadał o tym dawniej , sama nie uwierzyłabym. A jednak.

Tą ziemię przydzielono mi w roku 1972, wcześniej była to ziemia szpitalna na której sadzono warzywa dla potrzeb chorych, przebywających w tutejszym szpitalu. Jeszcze dzisiaj widzę panią Sobczykową, która każdego dnia, całe 8 godzin kopała, plewiła, zbierała i tak trwało parę lat. Widocznie niezbyt się to opłaciło, skoro szpital przekazał ogród Polskiemu Związkowi Działkowemu, a ten z tego stworzył  20 działeczek  stumetrowych, dla pracowników szpitala. Ja chociaż nie pracowałam w szpitalu, to miałam związek i to ścisły ze służbą zdrowia.

I tak przeleciało pół wieku, z Tadziem 40 lat, a sama ostatnie 10 lat. Kiedyś próbowałam policzyć  ile osób przez ten czas było użytkownikami  działek, nie zliczyłam. Udało mi się policzyć prezesów, było ich siedmioro, w tym i ja  przez 8 lat tzn. 2 kadencje.

Nie zamierzam opisywać działań na rzecz ogrodu, ale  było ich wiele w tym najważniejsze to nowe ogrodzenie i założenie wody.

Pamiętam pierwsze łopaty , które Tadziu wbijał w tą ziemie. Pamiętam pierwsze nasze sąsiadki Basię i Lonię, niestety już nieobecne nie tylko w ogródku. Pamiętam Tadzia przynoszącego co najdroższe dla ziemi, krowi nawóz. Dzisiaj nie uświadczysz na okolicznych łąkach ani jednej krowy to też i tego bogactwa nie ma. Pamiętam sadzenie pierwszych drzewek i krzewów, pierwszych sadzonek winogron wokół prowizorycznej altanki, przywiezionych z Zalesia od córki Miruni,  zwykłych narcyzy od Mamusi i konwalii od cioci Władzi.  Zakładanie pierwszego kompostu na mojej działeczce (inni działkowicze nie znali tego  „wynalazku”)i pierwszej folii na wczesno wiosenne warzywa.(folia tez była moim „wynalazkiem”). Obecnie na każdej działeczce jest kompost, prawie na wszystkich folia i prawie wszędzie winogrona zaszczepione i posadzone sąsiadom przez Tadzia.

Początkowo na działce pracował Tadziu sam, potem razem, od paru lat tylko sama, a w roku ostatnim pomaga mi miła i dobra Natalia z Ukrainy. Z biegiem lat sił ubywa i mimo najlepszej chęci nie jestem wstanie wykonywać tego co dawniej. A ziemia ciągle wymaga i wymaga,to nawozu, to spulchniania,  to przerywania, to plewienia. Zarośnie w ciągu kilkunastu dni. I spróbuj tego nie zrobić.

Ogródeczek to moja miłość i to nie bez przesady. Najbardziej kocham swój „zielony salon” ( tak nazywam  altankę) obrośnięty Tadzia winogronem, cytryńcem chińskim i wysokimi co najmniej na metr  paprociami. Uwielbiam swoje róże, które prowadza mnie do zielonego salonu, swoją ławeczkę, stoliczek, fotelik no i łóżeczko, które pozwala odpocząć po pracy. Lubię wiosenne i letnie śniadania z córką, lubię małe odpoczynki między  pracami z Natalią, jedzenie małych przekąsek i picie dobrej kawy. Lubię gdy przychodzą moje „przyszywane córki”. Lubię porozmawiać z sąsiadami  ogródkowymi i wymienić zdanie na ten czy inny temat.

 Ogródeczek znajduje się  w pobliżu osiedla i mojego domu. To też bez trudu dochodziłam, a nawet teraz gdy kolano się buntuje i nie chce nosić, to ogródeczek jest na tyle blisko, że kuśtykając z biedą, ale dojdę.

A teraz połowa października, za chwile listopad, grudzień i następne miesiące zimowe. Jak wytrwać do wiosny bez „swojego kochania”.

Chciałabym jeszcze zobaczyć wczesną wiosną krokusy, przylaszczki, hiacynty, stokrotki, tulipany, narcyze a potem rozwijające się z pąków, róże. Nie próbuje myśleć o przyszłej jesieni, o georginiach, hortensjach, wrzoścach, chryzantemach.

Tymczasem zamykam na kłódkę „swoja miłość” i nieśmiało powiadam – do zobaczenia.

Czerwona Góra,- do ogródeczka będzie nie więcej jak100m

Lato – kwitnie piękny milin

Moja córka Mirunia, wśród hortensji i winogron.

A to ja na tle jednej z 10 róż i chińskiego cytryńca

Wczesna wiosna.

Wiosenne narcyze z ogródka w moim mieszkaniu.

SŁODKO – GORZKO

Słodko

W minioną sobotę i  niedzielę, nasze miasteczko na dwa dni stało się stolicą teatru, bowiem odbywał się tutaj VII Ogólnopolski Festiwal Teatralny ”OTE”- Senior. Przyjechały zespoły  z Kraśnika, Radomia, Piotrkowa Trybunalskiego, Nowej Słupi. Zaprezentował się również nasz Teatr Grodzki.

Organizatorzy przygotowali wszystko z największą precyzją. Hala Sportowa  zamieniła się w piękną salę teatralną. Było dobre nagłośnienie, zastosowano niezwykłe oświetlenie, główni organizatorzy państwo  Anyżowie, dyrektor CKiS pani Renata Janusz wraz z pracownikami, zapewnili wszystko by impreza była piękna, podniosła i na najwyższym poziomie.

Patronat honorowy pełnili : wojewoda – Pan Zbigniew Koniusz, marszałek województwa Świętokrzyskiego Pan Andrzej Będkowski, Burmistrz Miasta i Gminy Chęciny Pan Robert Jaworski, dyrektor Zamku Królewskiego Pani Monika Majchrzyk, oraz Centrum Nauki Leonardo Da Vinci w Podzamczu.

Festiwal rozpoczął się wystawieniem sztuki, przez Teatr Grodzki w Chęcinach napisanej przez naszą koleżankę Elę „Sentymentalny spacer”. Sztukę znałam, ale chciałam jeszcze raz zobaczyć nasze koleżanki i kolegów. Z całego serca życzyłam im wszystkiego najlepszego. Stało się. Sztuka została przyjęta z aplauzem, mnie najbardziej podobała się scena ze sportowcami kiedy to nasi seniorzy udawali wytrawnych sportowców ,choć reumatyzm powykrzywiał im to i owo. Marta z piłką i na grzbiecie Stasia była bardzo zabawna, Jadzia udawała prawdziwa staruszkę, a Tereska kelnerkę, która śpiewając zachęcała do wypicia „sentymentalnej herbatki po chęcińsku”. Wszyscy inni też  wypełnili bardzo dobrze lub dobrze swoje role. Dlatego nie żałowałam braw, inni też nie.

Potem wystąpił Teatr NO TO CO z Kraśnika. Była to sztuka „Sztetel Kraśnicki”. Sztuka o Żydach, ich przeszłości w Kraśniku i o ich niebycie. Sztuka wykonana była  przez same kobiety, piękna i wzruszająca. Oglądaliśmy święto Hanuka, różne zabawy, tańce, wzruszające piosenki a na parasolce (tak na parasolce) widzieliśmy zdjęcia żydowskiego Kraśnika, którego już nie ma i którego  już nie będzie.

A potem były „Dziady” Mickiewicza z Nowej Słupi. Zagrane wspaniale, scenografia i stroje niezwykłe no i wytworzony nastrój grozy i śmierci. Ja w międzyczasie próbowałam przypomnieć sobie niektóre treści, które przecież uczyliśmy się w szkole. Niestety pamiętałam tylko „cicho wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie”.

 Podczas przerwy rozmawiałam z Burmistrzem, z wypowiedzi Jego wynikało, że  zamierza zaprosić ten zespół w okolicach Wszystkich Świętych, do naszego grodu. Myślę, że pomysł doskonały. Warto będzie  raz zobaczyć jeszcze raz.

W drugim dniu Festiwalu, jako pierwszy wystąpił nasz zespół, ze znaną nam sztuką.”Diabeł i dziewczyna”. Rewelacja. Róża, Tereska i Stasiu byli znakomici. Wszyscy się śmiali, bili brawo a potem gratulowali.

Potem wystąpił Teatr Forma z Piotrkowa Trybunalskiego działający w Miejskim Ośrodku Kultury. Pokazał nam starą, nie łatwą sztukę  „Król Ubu” Alfreda Jarry’ego. Sztuka po raz pierwszy wystawiona została  w 1896r. w Paryżu. Charakteryzuje się groteską, absurdem i satyrą. Artyści podjęli się trudnego zadania. Zastosowali wiele ciekawych i niezwykłych form.  Sama treść sztuki daje wiele do myślenia. A scena z zagarnianiem pieniędzy przez Ubicę (żonę króla Ubu) była wprost doskonała. Chwilami myślałam że sztuka rozgrywa się w dzisiejszych czasach, u nas w Polsce.

Na zakończenie Festiwalu wystąpił Teatr Resursa działający w Ośrodku Kultury i Sztuki w Radomiu. Jest to teatr z 10-letnim stażem. Mający na swym koncie wiele nagród i wyróżnień. Nieprzerwanie teatr prowadzi ta sama osoba,  Pan Robert Stępniewski. Jest to teatr wielopokoleniowy a uczestnicy sami nazywają siebie „formacją miłośniczo-ochotniczą”.

U nas wystąpili ze sztuką „Pamiętnik Stefana Czarneckiego”. Jednym słowem określę, teatr znakomity, który każe myśleć i zastanowić się nad życiem. A Żyd – Polak, którego grał Pan Wróbel od wczesnego dzieciństwa po lata dojrzałe,tak pięknie zagrał, że otrzymał główną nagrodę „dla aktora”.

A tak na zakończenie tej części – o nagrodach. Z każdego zespołu 1 aktor otrzymał  nagrodę. Z naszego teatru Grodzkiego nagrodę otrzymała Tereska. Nagrody ufundowali Wojewoda, Marszałek Sejmiku, nasz Burmistrz i Centrum Nauki Leonardo Da Vinci. Dodatkowo nasza Róża każdemu uczestnikowi podarowała książkę. Dzięki fundatorom.

Gorzko.

Było mi naprawdę gorzko, szczególnie w pierwszym dniu. Już jadąc na występ obawiałam się o frekwencję. Starałam przekonać samą siebie, że wszystko będzie dobrze, przecież od kilku dni wisiały plakaty, a w Internecie, szczególnie na Facebooku informacja była powielana wielokrotnie. Przyjechałam wcześniej i oglądałam się na drzwi wejściowe. Czasami ktoś wchodził, byli to jednak tylko członkowie naszego uniwersytetu i nieznani mi ludzie, jak się później okazało,   to byli aktorzy czekający na swój udział w występie.

       Zastanawiałam się jak to jest możliwe że społeczność  gminy, licząca prawie 15 tys. mieszkańców nie może zapełnić sali 100 osobowej. Rozumiem, że nie wszyscy interesują się kulturą, ale czy możliwe, że nie interesuje to radnych np. z komisji kultury? Czy jest to możliwe, że nikt z dyrektorów szkół i nauczycieli nie przeczytał i nie zainteresował się wydarzeniem? A członkinie zespołów artystycznych w gminie, czyżby nie chciały zobaczyć i porównać a może nauczyć się czegoś więcej. Nie wierzę, żeby zespół z 30 letnim doświadczeniem w jednej z naszych wsi, mający wiele nagród i wyróżnień, nie miał takiej potrzeby. A kierownicy świetlic którzy nie jeden raz przygotowują występy artystyczne dzieci. A zatem dlaczego tak jest?

       Wszyscy wymienieni wiedzą ile pracy kosztuje przygotowanie najmniejszego występu. Mogą sobie wyobrazić ile pracy kosztowało przygotowanie sali do występów. Nasza hala zamieniła się w prawdziwy  teatr. To nie tylko czas, ale i pieniądze gminne się liczą.

       Nie wierzę, że potrzeby kulturalne są takie małe, przecież nie jeden raz spotykamy się  na koncertach w Filharmonii czy w teatrze. Tam trzeba było płacić za bilety, tu wstęp był bezpłatny, więc dlaczego, dlaczego???

Jesienne wspomnienia – grzyby

Mógł to być czas okupacji wojennej, ale raczej czas powojenny, bo w wojnę nie można było Polakom wchodzić do lasu, przynajmniej „naszego” położonego za biedaszybami w pobliżu Niwki i Bobrku.

Tato wrócił z grzybobrania, z wielką tekturową walizką, właściwie przyjechał pociągiem od strony Wolbromia i Olkusza, bo tam były wielkie lasy, nie to co u nas.  Otworzył wieko walizki i moim oczom ukazało się „morze” grzybów. Nie znałam ich nazw, ale słyszałam, że uzbierał dużo rydzy i zieleniatek. Właśnie, czy uzbierał ? Wydało się, że nie uzbierał wszystkich, część kupił od innego grzybiarza. Ojciec mój był ryzykantem, ponadto zawsze chciał być pierwszy i z kolegą z którym udał się na to grzybobranie założył się, że nazbiera więcej niż on. Jak się okazało kolega miał więcej szczęścia i grzyby same wchodziły mu do koszyka. Przegrać zakładu ojciec jednak nie potrafił, no bo jakże on Stasiek Wolski mógłby przegrać, to też gdy napotkał innego grzybiarza natychmiast zaproponował mu pewną sumę i grzyby znalazły się w jego walizce. O tym dowiedziałam się znacznie później, oczywiście nie popierałam ojca,  nie podobało mi się Jego „ cygaństwo”, ale dzisiaj z pobłażaniem patrzę na to niewinne „przestępstwo”.

Natomiast pamiętam smak tych grzybów i zapach rydzy smażonych nie na masełku, ale na zwykłej , prawdziwej blasze pieca kuchennego.

Inne pamiętne grzybobranie, było w latach 50 –tych ub. wieku. Byłam już młodą mężatką. Tadziu działacz młodzieżowy, potem związkowy organizował wyjazdy pracowników uzdrowiska Kudowa, na grzybobranie. Chętni w oznaczonym dniu i godzinie, najczęściej w niedzielę, wsiadali do  samochodu ciężarowego, który był własnością uzdrowiska i jechali w wybranym przez siebie kierunku. Nie często się z nimi wybierałam, bo w domu była mała Mirunia, a ponadto uczyłam się i uczyłam, więc szkoda było czasu na takie błahostki, ale kiedyś pojechałam, kierunek Zieleniec koło Dusznik. Znalazłam się w wielkim, ciemnym i posępnym lesie. Każdy grzybiarz poszedł w swoją stronę, zostałam sama. W pewnej chwili moim oczom ukazało się całe „stado” najprawdziwszych, ogromnych  borowików. Zaczęłam krzyczeć, by o swoim szczęściu powiadomić pozostałych grzybiarzy. Te grzyby pamiętam do dziś, nigdy wcześniej, ani potem takich nie uzbierałam ani nie widziałam.

Potem jeszcze, ale było to w latach 60-tych, miałam inne przygody grzybowe. Zbierać specjalnie nie umiałam a i chęci też zapewne  nie miałam, ale miałam natomiast znajomą nauczycielkę, koleżankę , Teresę, która zapraszała mnie do swojego domu a potem na grzybobranie. Mieszkała na wsi w pobliżu wielkiego i zasobnego w grzyby lesie. Wiedziała,  że ze mnie grzybiarz lichy, to też chcąc mi sprawić przyjemność, szła przede mną i swoim kosturem , mimo chodem, pokazywała grzyba, którego ja natychmiast  podnosiłam a sama udawała, że to nie ona, ale ja. I tak obie udawałyśmy wiedząc czyja to jest zasługa. ( Wiesiu, to o Twojej mamie).

Jeszcze raz grzyby wywarły na mnie wielkie wrażenie. Pojechałam z moimi „przyszywanymi” córkami na pogrzeb ojca naszej znajomej. Przyjechałyśmy za wcześnie, Tereska zawsze wcześniej wyjeżdża, aby się nie spóźnić. Ponieważ dużo czasu miałyśmy w zanadrzu, postanowiła pojechać od tak przed siebie, dojechałyśmy do pobliskiego lasu i tam rozmawiałyśmy o tym i tamtym. W pewnej chwili naszym oczom ukazał się  widok niezwykły, otóż z tego lasu wychodzi kilka kobiet i wiozą na taczkach całe sterty grzybów. Widok był  niesamowity. Grzyby na taczkach!!

Kiedy osiedliliśmy się w Czerwonej Górze, grzyby towarzyszyły nam prawie zawsze. Tadziu  był zapalonym grzybiarzem. Zostało mu to z czasów gdy mieszkał na lubelskiej wsi, jak opowiadał w jego domu kiszone były grzyby w beczkach .Idąc codziennie przez las do Raju i wracając, zawsze znalazł jakieś grzyby. Znał je, rozpoznawał i nigdy się nie pomylił. To też miałam co smażyć, marynować , suszyć.

Tradycja grzybiarska w rodzinie nie zaginęła, nieodrodna córka Tadzia, Mirunia, kiedy przyjeżdża do Czerwonej Góry, wybiera się na poszukiwanie borowików i nie tylko. Znajduje je a potem jak zwyczaj każe rytuał grzybiarski, obiera a potem smażymy, pieczemy, gdy starczy marynujemy.

Zdarza się, że sąsiadki czasem coś przyniosą, ostatnio pod same drzwi trafiły 3 śliczne kanie.

Zapytacie dlaczego ja nie chodzę na grzyby, skoro lubię jeść. Otóż las, który był dawniej blisko, jakby się oddalił, oczy nie zawsze odróżniają jesienne liście od jesiennych grzybów, ale opowiadać o grzybach jeszcze potrafię.

Pozdrawiam wszystkich grzybiarzy!!!

Wyjazd na grzybobranie lata 50-te XX wieku

Po 60 latach.

Córka moja Mirunia, została zaproszona  na XV Międzynarodowe Forum Muzeów Domowych” Kudowa Zdrój – Ceska Skalice  w dniach 23 – 25 wrzesień 2022r.

 W pierwszej chwili pomyślałam,  pojadę z Nią, bo jakże nie skorzystać z takiej okazji. Kudowa to moja miłość, to cudownych 18 lat tam przeżytych. To była myśl pierwsza, ale za nią przychodziły myśli następne. Jakże pojedziesz z tą chora nogą, przecież trzeba by w tej Kudowie trochę chodzić, chociażby po parku, warto by odwiedzić jeszcze znajomych itp. Itp. Rezultat był jeden, nie pojedziesz, zostaniesz w domu.

Córka jak zawsze w takich okolicznościach dzwoniła, opowiadała, przysyłała zdjęcia. A zatem wiedziałam gdzie była, jak wyglądało zapowiedziane Forum, jakie odniosła wrażenie oglądając nie tylko naszą starą Kudowę, ale i nowe na górze leśnej osiedle, gdzie był jej hotel i sala wykładowa. Wiedziałam, że miała swoje wystąpienie w Czechach w Ceska Skalica, że miała swoją prezentację, że pokazała niektóre eksponaty ze swojego domowego muzeum im. Adama Wysockiego.

Wiedziałam również, że w ostatnim dniu odwiedzi razem z uczestnikami skansen w Pstrążnej. Skansen jest mi znany i cieszyłam się, że i ona go zobaczy.

Z stamtąd właśnie przysłała  mi kilka zdjęć  a wśród nich coś niezwykłego, miedziane obrazy, które  wielokrotnie oglądałam mniej więcej 60 lat w restauracji „Piekiełko”, które mieściło się w sanatorium Polonia w Kudowie. Do tego „Piekiełka”  z Tadziem i przyjaciółmi – Marysią, Teresą, Józkiem pierwszym, drugim i trzecim, Zbyszkiem, Edwardem, Andrzejem, Kingą przychodziliśmy często. Orkiestra grała, tańczyliśmy, śpiewali i radowali  życiem. Podnosili do góry nie jeden kielich.

Po potopie, jaki nawiedził Piekiełko a był to prawdziwy potop, gdyż chcąc nieco uratować, ratownicy musieli używać łodzi. Po tym musiał nastąpić kapitalny remont. I kiedy przyszliśmy po remoncie na wieczorne tańce zobaczyliśmy coś niezwykłego.  Bar i odległa  ściana pokryta była piekielnymi obrazami wykonanymi na miedzianej blasze .Wszystko było podświetlone czerwonym światłem. Diabły  jadły, piły,  usilnie  pracowały nadziewając ofiary na widły, polewały  nieszczęśników smołą. Wszystko działo się jak w prawdziwym piekle. Widok był tak niezwykły, że to „Piekiełko” pamiętam po dzień dzisiejszy.

I tu nagle przychodzą zdjęcia od córki, które przedstawiają element tamtego wystroju. Okazuje się, że znalazła się dobra i mądra dusza, myślę, że zapewne był to pan Kamiński pisarz i działacz społeczny Kudowy, który te obrazy odnalazł i zamieścił właśnie w muzeum w Pstrążnej.

Twórcą tych niezwykłych dzieł był artysta pan Henryk Wszołek, którego poznałam we wczesnych latach 60-tych, kiedy osiedlił się w Kudowie. W tych samych dniach kiedy do mnie dotarły te niezwykłe zdjęcia, z wiadomości Kudowskich dowiedziałam się, że pan Wszołek nie żyje, miał ponad 90 lat. Niech go Ziemia Kudowska przyjmie i niech pamięta, że miała niezwykłego syna, który swoimi dziełami rozsławił to sanatoryjne miasteczko.