Biała Przyjaciółka

Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o niezwykłej kobiecie, z którą miałam szczęście pracować, o swojej białej przyjaciółce. Poznałyśmy się w latach 80-tych ubiegłego wieku, tutaj na Ziemi Kieleckiej, kiedy pracowałam w Wojewódzkim Ośrodku Doskonalenia Kadr Medycznych w Czerwonej Górze. Sama nazwa wskazuje, że było to miejsce gdzie doskonalili się pracownicy służby zdrowia: lekarze, stomatolodzy, farmaceuci, pielęgniarki i inni pracownicy z resortu „Zdrowie”. Pielęgniarki stanowiły znaczna część szkolących się osób. Organizacją szkoleń dla tej grupy zawodowej zajmowała się zawsze pielęgniarka z wyższym wykształceniem i doświadczeniem. Tak się jakoś stało, że Wanda Celejewska (obecnie w Australii) będąca  pierwszą pielęgniarką w Kielcach, które zdobyły wyższe pielęgniarskie wykształcenie, zwolniła się z pracy w ośrodku. Był wolny etat.

Pewnego dnia spoglądając przez okno, zobaczyłam młodą kobietę idącą po schodach do budynku ośrodka. Nie przewidywałam, że ta właśnie osoba przez kilkanaście lat będzie razem ze mną pracowała i że będę mogła ja nazwać swoją przyjaciółką, białą przyjaciółką. Terenia miała zawsze jasne włosy, ubierała się elegancko i z wielka klasą. Nosiła biżuterię nie koniecznie drogą, ale piękną i artystycznie wykonaną. Już wtedy była po tragedii rodzinnej, mąż zginął  a ona wychowywała 2 dzieci.

O zawodzie pielęgniarskim wiedziała wszystko, w przeciwieństwie do mnie. Jej stosunek do słuchaczy był więcej jak wzorowy. Spokojna, kulturalna, zrównoważona i mądra. Umiała  wszystkich zrozumieć a postępowanie takie lub inne wytłumaczyć. Po niedługim czasie  przekonałam się że mogę być spokojna o  dział szkoleniowy jej podlegający.

W 1981 roku w stanie wojennym ośrodek został przeniesiony do Kielc, na ul. Grunwaldzką, do wielkiego budynku, który podlegał Szpitalowi Wojewódzkiemu. Nasza siedziba była na ostatnim, 10 piętrze. Wszystko było inne niż w Czerwonej Górze, ale nie gorsze. W pobliskim  szpitalu odbywały się szkolenia praktyczne, w stołówce szpitalnej słuchacze mieli zapewnione wyżywienie, miejsca hotelowe dla tychże mieściły się we wspomnianym budynku, tutaj były także sale wykładowe i biblioteka medyczna. Tereska miała swoją siedzibę w pięknym, dużym pokoju, który urządziła sama ze znawstwem i smakiem. Wszędzie dominowały kwiaty.

Do pracy przyjeżdżała małym fiatem, który nie zawsze chciał zapalić. Nie złościła się, nie denerwowała, tylko wyciągała z bagażnika miotłę na długim trzonku i przy pomocy tego narzędzia samochód zapalała, wsiadała i odjeżdżała.

Zakończenie kursów, szczególnie tych, które kończyły się uzyskaniem specjalizacji,   były bardzo uroczyste-  rozdawano zaświadczenia, potem był  poczęstunek a nawet tańce. Im kurs był ważniejszy tym zakończenie było „bogatsze”. Pewnego razu odbywało się zakończenie kursu specjalistycznego dla lekarzy z medycyny społecznej.(ta specjalizacja obowiązywała lekarzy będących na stanowiskach kierowniczych). Na uroczystość została zaproszona również Tereska. Wszyscy się cieszyli, bo minęło 2 letnie szkolenie, ale cieszyć nie mogła się ona. Zachorowała. Dzisiaj nie pamiętam  co to za schorzenie, ale objawiało się swędzeniem i wysypką  całego ciała, szczególnie rąk.  Zdawałam sobie sprawę z tego, że w tej sytuacji nie przyjdzie. Pomyliłam się.  W pewnej chwili drzwi się otwierają i na salę wchodzi Tereska, pięknie ubrana w wytwornej  sukni , na rękach ma bardzo długie, siatkowe, czarne rękawiczki. Plamek chorobowych rzeczywiście nie było widać. Wszyscy zaczęli bić brawo bo przecież nikt się nie spodziewał, że mimo takiej przykrej dolegliwości, przyjdzie. Zaskoczyła nas wszystkich.

Po wielu latach dobrej współpracy, Tereska znalazła lepszą, lepiej płatną pracę. Cóż było robić. Żałowałam bardzo, ale rozumiałam też, że pieniądze to ważna rzecz dla matki, która sama   utrzymuje rodzinę. Kontakty nasze oczywiście były rzadsze, ale nie skończyły się. Zaprosiłam ją w roku 2006 na moje imieniny, które obchodzę razem z urodzinami. Tym razem też mnie zaskoczyła. Czekając na gości, zobaczyłam z balkonu nadjeżdżającą Tereskę. Jakoś długo nie wychodziła z samochodu, a gdy wyszła niosła coś wielkiego i długiego. Rozwinęła. Okazało się, że przywiozła prezent w postaci transparentu na którym był duży napis:

„Nie – Nowina Konopczyna. Nie – Zyta Gilowska. Lecz dla nas przykładem Zenia Dołęgowska” A tak dla przypomnienia podaję, że Halina Nowina-Konopka była posłem I, III i IV kadencji  a Zyta Gilowska posłanką, na Sejm, potem vice premierem i Ministrem Finansów w rządzie J. Kaczyńskiego.

Na innych mych imieninach, na których była też Terenia, zauważyłam, że czasami odruchowo kręci głową. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że to mogą być pierwsze objawy Parkinsona.

Tereska zawsze kochała przyrodę, marzyła o swoim domu w lesie, marzyła o wielkim ogrodzie. Nie pamiętam w jakich to było latach, ale udało jej się kupić kawałek ziemi pod lasem, z pięknym widokiem na górki pod Działoszycamia, potem zbudowała domek, nazywała go domkiem na kurzej łapce. Rzeczywiście był maleńki. Tak jak swoje mieszkanie w Kielcach, w wysokim wieżowcu, tak i ten domeczek urządziła według swojego wyrafinowanego gustu. Gdy pracowała zawodowo każdą wolną chwilę tam spędzała, gdy poszła na emeryturę była tu od wiosny do późnej jesieni. Zapraszała mnie zawsze, ale nie byłam więcej jak 3 razy. Za pierwszym mym pobytem, domek był nowy, ogród rozkwitał kwiatami, rosły na 2-3 metry kolorowe hortensje. Kiedy byłam raz ostatni, Tereska była już chora, moje przypuszczenia sprzed lat okazały się  prawdziwe, to Parkinson. Z trudem poruszała się, ręce  nie mogą utrzymać szklanki ani łyżki, traci równowagę.

Boje się, że na wiosnę nie odwiedzi swego domeczku i ukochanego ogrodu.

W tej jakże trudnej sytuacji , Tereska nic się nie zmieniła, nie narzeka, nie chce zawracać głowy nikomu, dzielnie znosi wszystkie dolegliwości. Zapytacie, a co rodzina? Jest i chce zajmować się swoja mamą i babcią, ale Tereska uważa, że ciągle powinna sama sobie dawać radę.

W tej sytuacji, myślę o ludziach, którzy wiecznie są niezadowoleni, ciągle narzekają, w koło widzą zło i niechęć ludzką a tu spotykam się z człowiekiem chorym, bardzo chorym, ale pełnym dobroci i zrozumienia dla wszystkiego i dla wszystkich.

O spotkaniu z książką i jej autorką

Jeżeli to będą czytać mamy, wszystko jedno czy bardzo młode, młode, starsze  czy zupełnie stare, każda z nich zapewne powie, że  największym szczęściem jest mieć   dzieci, a jeżeli jeszcze do tego dobre i mądre dzieci, to szczęście wtedy nie zna granic.

 Ja niestety jestem w grupie tych najstarszych mam, ale może dlatego moje szczęście trwa długo, bardzo długo, bo całe 66 lat. Pisze o mojej córce Miruni.

Jakież to było wielkie szczęście gdy w izbie porodowej w Kudowie, przyszła na świat mała, może nie zupełnie mała, bo ważyła 3,85 kg. dziewczynka. Rosła, chyba też nie tak szybko, jakby młoda mama chciała. Praca, praca, szkoła, szkoła, początek studiów i maleńkie dziecko. Pieluchy tetrowe, pranie i gotowanie w poniemieckim wielkim kotle, prasowanie. Noce nieprzespane, spacery, częste choroby i tak w koło, ale radość była zawsze wielka. Żłobek (to chyba najgorszy okres, bo nie mogłam znieść płaczu gdy się oddalałam), potem przedszkole. Lubiła go, uczyła się chętnie  wszystkiego, śpiewała, malowała, przedstawiała, zaczęła czytać. Potem klasa pierwsza, i następne. Same radości,  piątki, nagrody, udziały w konkursach, olimpijskich eliminacjach.

Nic się nie zmieniła gdy stała się uczennicą Liceum Sztuk Plastycznych. Zupełnie niespodziewanie dla mnie po 5 latach nauki, zmieniła zainteresowania i stała się studentka na studiach politycznych. Nie protestowałam, przyjęłam z pokorą może i dlatego, że polityka interesowała mnie od zawsze, tak zresztą jest do dziś. Doktorat.

O ślubach pisać nie będę, ten pierwszy już się nie liczy, a o tym  drugim choć ważny, można tylko myśleć, wspominać męża z za grobu.

Wczoraj radość moja była wielka. Przyjechała z odległej Warszawy, tak jak zwykle, co dwa tygodnie i przywiozła ze sobą ostatnio wydaną książkę „Suknia i fartuszek”. Jest to jej ósma książka. Nie wszystkie dotyczą masonerii. Pisała o Boy, o Starkiewiczu na Górce w Busku Zdroju, a nawet o harcerstwie. Z ostatniego tytułu można się domyśleć, że jest to książka na temat masonerii z którą związana jest prawie 30 lat. Obserwuję ją jako matka od zawsze, również w tym ostatnim masońskim okresie. Powoli, ale ciągle zmienia się, z dobrego na  lepsze. Jest mądra, rozważna, dobra, co raz  spokojniejsza. Człowiek dla niej jest najważniejszy. Uwielbiam nasze dyskusje na różne tematy: polityczne, religijne, rodzinne o  sprawach i problemach innych  ludzi.

I ja stałam się spokojna, wiem, że mogę na nią zawsze liczyć, nigdy nie zawiodła, zawsze dotrzymuje słowa, nigdy się nie spóźnia, jest jak opoka.

Z wielką radością  powitałam w tym dniu moje „przyszywane córki”, siostrzenicę Anię i przyjaciółkę Marysię, które zechciały skorzystać z naszego zaproszenia i przyszły na spotkanie z Mirunią i jej książką. Moje „przyszywane” córki to inne zagadnienie,  jestem szczęśliwa, że i one są w moim życiu długie, długie lata. Dziękuje Wam „dziewczynki”.

Mord z przeszłości!

Kiedy Marta ogłosiła, że jedziemy na wycieczkę do Michniowa, wiedziałam natychmiast że pojadę. W tym miejscu byłam po raz pierwszy w latach 70- tych i zapamiętałam go na zawsze. Liczba 204  i 9 dni kotłuje się w mojej głowie od tego właśnie czasu. 204 to ilość osób zamordowanych, spalonych w domach i stodołach a 9 to najmłodszy człowiek – dzieciątko zamordowane tuż po urodzeniu, przez hitlerowców. Aż dziwne, że przyjeżdżając na Ziemie Świętokrzyską, prawie 30 lat po wojnie nie wiedziałam o tym miejscu i bestialskim morderstwie. Sądzę, że wszyscy ludzie mieszkający tutaj o Michniowie wiedzą, ale jeżeli nie, to dla przypomnienia o tym piszę.

O Michniowie dowiedziałam się z wykładu mecenasa Andrzeja Jankowskiego w latach 1972 może 73. Ciekawie i z wielkim zaangażowaniem mówił o Piwniku „Ponurym”, o Wykusie miejscu stacjonowania partyzantki, o „Motorze”, który jak potem się okazało był szpiclem niemieckim, o miejscowych chłopach, którzy pomagali chłopcom z lasu. Pan Jankowski jeszcze żyje, a nawet był na otwarciu Mauzoleum Wsi Polskiej.

Mój „pierwszy” Michniów to stary dom a w nim izba z nielicznymi pamiątkami po tragedii.(spłonęły) Oprowadzała nas wtedy pani Maria Grabińska, której udało się przeżyć, gdyż ze swoim półrocznym dzieckiem  zdołała uciec do lasu. Dzisiaj pani już nie ma, ale długo służyła jako przewodnik i opiekun tego miejsca, aż do roku 2003 kiedy to zmarła. Kustoszem był również pan Tadeusz Obara, michniowianin, świadek pacyfikacji, który umarł w roku 2006 a obecnie jest młoda pani Ewa Kołomańska.

Pomnik na zbiorowej mogile jest ten sam, który powstał z inicjatywy mieszkańców, tuż po wojnie. Na czerwonym piaskowcu wyryto nazwiska zamordowanych. Czytam, jeszcze raz i jeszcze raz i ciągle nie dowierzam, z rodziny Wikło zginęło 19 osób, z rodziny Materków 11, z rodziny Obarów 10 osób. Nie do uwierzenia! Stawiamy znicze, jedni  mówią pacierz, inni pełni zadumy zastanawiają się nad strasznym ludzkim losem. Zapalamy znicze.

Ci którzy mieli „szczęście” i nie zginęli , zostali wysłani do  obozów koncentracyjnych w tym do Oświęcimia, lub na roboty do Niemiec.

To miejsce pamięci ma długą i ciekawą historię. W dniu 22 lipca 1977r. wieś została uhonorowana przez Radę Państwa, Krzyżem Grunwaldu III klasy. W dwa lata później Główna Komisja  Badania Zbrodni Hitlerowskich zgłosiła pomysł utworzenia ogólnopolskiego Mauzoleum Męczeństwa Wsi Polskich. Wybór padł na Michniów. W latach następnych powstał komitet organizacyjny, następnie komitet honorowy, a w roku 1991 powołana została Fundacja „Pomnik – Mauzoleum Pomordowanych ” w Michniowie. Najwięcej starań w tym zakresie wykazało Polskie Stronnictwo Ludowe..

Obecnie Mauzoleum składa się z Domu Pamięci Narodowej, Sanktuarium Męczeńskich Wsi Polskich, cmentarz i mogiły pomordowanych oraz rzeźba Pieta Michniowska.

Po oddaniu hołdu pomordowanym przy mogile, idziemy do Sanktuarium. Wrażenie niezwykłe. Architektura budynku też  niezwykła, ma przypominać chaty chłopskie, które w swej końcówce ulegają całkowitemu zniszczeniu. Przez boczne rozdarcia wpada światło, które ma symbolizować życie, ale i trwogę umierających  michniowian. Wszystkie ściany wykonane są z impregnowanego drzewa z jakiego wykonane były ówczesne chałupy chłopskie.

 We wnętrzu – liczne wystawy, obrazujące życie ludzi w przedwojennej biednej wsi świętokrzyskiej, walkę w konspiracji i tu liczne zdjęcia partyzantów. Największe wrażenie zrobiła na mnie fotografia na której widzimy część dowódców Zgrupowania: „Nurt”, „Ponury”, „Mariański” a w śród nich „Motor” uśmiechnięty i zadowolony, agent niemiecki, który był bezpośrednim sprawcą tego mordu.

Potem obrazy z pacyfikacji. Niemcy, płonący dom pana Materka, tlące się zgliszcza domu Obarów, szczątki ludzkie w zgliszczach zagrody Walentego Dulęby, ciało dziecka spalonego w czasie pacyfikacji. Ciarki przechodzą po ciele.

Czytam różne zarządzenia Generalnego Gubernatorstwa np. o obowiązkowych dostawach, co i ile należy dostarczyć, co grozi gdy nie wypełni się nałożonych kontyngentów, jakie chłop może otrzymać „nagrody”, jedna z ważniejszych nagród to wódka.

Wchodzimy w ciemny korytarz, tutaj znajduje się wystawa poświęcona Żydom i tym wszystkim mieszkańcom  wsi polskich, którzy ukrywali ich, dając schronienie. Nazwiska osób, które otrzymały medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Powoli wychodzimy na zewnątrz. Przed nami las krzyży. Każdy z nich obrazuje zniszczoną wieś a takich w Polsce było ponad 800. Jeszcze raz spoglądam na Pietę, na pomnik – grób, wiem, że nigdy tego nie zapomnę. Może dlatego, że sama jestem dzieckiem wojny.

Droga E-7

Dni biegną jak szalone. Od dnia zmarłych upłynął już tydzień a ja ciągle myślami jestem w drodze, na cmentarz do Sosnowca.

 Minęło pół wieku gdy tą drogą niezmiennie (nie taką samą ) jedziemy. Początkowo gdy rodzice moi jeszcze żyli, jeździliśmy raz lub dwa razy w miesiącu. Potem gdy zabrakło taty a potem mamy, podróże stawały się rzadsze, dwa, trzy razy w roku i tak jest do dziś. A kiedy zabrakło i Tadzia (męża) jedziemy z córką mniej więcej z tą samą częstotliwością. Obowiązkowo na Wszystkich Świętych. Jakże mogło by być inaczej. Jedziemy samochodzikiem i  wspominamy, dokładnie tak samo jak  wczoraj, i jak przed laty.

Jeszcze nie tak dawno do samochodu zabierałyśmy akcesoria służące do sprzątani: wiadro, szmaty, szczotki, środki czyszczące, kwiaty, wiązanki, długie wieńce, które sama plotłam, a które otaczały cały duży pomnik, no i oczywiście światła. Po dwóch i pół godzinach jazdy( dzisiaj wystarczą 2 godziny, droga nie ta, zdecydowanie lepsza), wysiadałyśmy sprzątając i szorując nagrobek. Od pewnego czasu, kiedy to stałam się autentycznie starszą panią, sprzątanie przekazała córka firmie sprzątającej, która ze swoich obowiązków wywiązuje się zupełnie dobrze.  Tym razem wieziemy ze sobą tylko wiązankę wykonaną już nie przeze mnie a znawczynią tego rzemiosła z Chęcin, resztę kupi się przed cmentarzem.

Wspomnień nie brakuje. Mówimy o tym samym co rok temu, 10 i 20 lat temu. Droga dobra, jest ciepło i słonecznie. Samochodów niewiele jedzie w tym samym kierunku co my, znacznie więcej w przeciwnym. Wiemy dlaczego tak się dzieje, otóż są to ludzie  ze Śląska i Zagłębia, którzy w minionych latach będąc mieszkańcami biednej Ziemi Świętokrzyskiej,  przyjechali tutaj  w poszukiwaniu pracy i znaleźli ją w licznych zakładach, głównie w Hucie Katowice, a działo to się szczególnie w dobie Gierkowskiej. Jadą by odwiedzić groby swoich bliskich.

Przed nami różne drogowskazy – Jędrzejów, Wolbrom, Skalbmierz, Tunel itp. Nie mogę nie przypomnieć córce, która o tym już dobrze wie, że tutaj w okupację moja mama przyjeżdżała na handel. Trzeba było jakoś żyć, a na wsiach,  w domach chłopskich można było czasami wymienić artykuły kupione nielegalnie u  Żydów, (zanim ich nie stracono w obozach), na chleb, mąkę, fasolę, kaszę.

Powoli zbliżamy się do Książa Wielkiego. I tu następne wspomnienia. Tą drogą w latach, 80 ale i 90-tych jeździłam służbowo do Krakowa. Bywało, że jechałam z prof. Henrykiem Belowskim przewodniczącym Rady Programowej Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Kadr Medycznych w Kielcach, którego byłam dyrektorem, na spotkania szkoleniowe do Akademii Medycznej. Pewnego dnia jadąc tą droga i będąc przed Książem Wielkim, profesor zaczął ciekawie i barwnie opowiadać o swoich polowaniach na króliki. Byłam zdziwiona, dotychczas myślałam że poluje się na zające, ale żeby na króliki? Profesora już dawno nie ma wśród żywych, jego urna z prochami dość długo gościła w  domu, zanim znalazła miejsce na cmentarzu. O tym niezwykłym człowieku myślę często, bo był wzorem, bardzo dobrego, mądrego i życzliwego człowieka, poza tym był wspaniałym chirurgiem i  uczonym.

Już jest Książ Wielki – tu na początku wieku XX urodziła się moja chrzestna Emilia, która długie lata żyła w Sosnowcu na tzw. Szywałówce, by swoja drogę życiową zakończyć na cmentarzu Niwka Modrzejów. Z dala widnieją wieże starego zamku, który  zwiedzałam w czasie gdy zamek był siedzibą szkoły.

Przy drodze już od dawna stoi restauracja Zameczek. Dawny brzydki dom w którym też była restauracja i hotel, nowi właściciele prawdopodobnie Świadkowie Jehowy, zamienili w prawdziwy zameczek, otoczony niezwykłym ogrodem. Wiele razy  zatrzymywaliśmy się z Tadziem, Mirunią, Anią, gdzie jedliśmy różne, najczęściej regionalne potrawy, ale  wspominamy najczęściej  gruszki w sosie waniliowym. Przed restauracją stoi wiele samochodów. Znają renomę tej restauracji.

Zatrzymywaliśmy się tutaj i wcześniej, w tej brzydkiej, starej restauracji, ale to z siostrą Irenką i szwagrem Zenkiem, by zjeść karpika lub doskonałego tatara. Oni  już jechać nie mogą, nie mogą z nami wspominać, gdyż  dawno umarli by patrzeć na nas z tego „w lepszego świata”.

Jedziemy w kierunku Miechowa. Krajobrazy piękne, faliste wzgórza, ziemia doskonała, jak w szkole uczono pszenno- buraczana. Jeszcze widzimy pola nie ściętej kukurydzy i kapusty, dominuje kapusta, bowiem jest to prawdziwe zagłębie kapuściane. I tak od zawsze. Całe lata kupowałam z siostrą Irenką kapustę, najpierw główki, potem już szatkowaną, którą w domu wkładałam z przyprawami do słoików i kisiłam, była na całą zimę. Od paru lat już nie kupuję, chociaż stoisk z kapustą i innym warzywami przybyło, nie kupuję i nie kiszę, bo ile potrzeba kapusty dla jednej osoby, no ile?

Do Miechowa nie wjeżdżamy, bo nie tak dawno powstała nowa, dobra droga aby ominąć to 11 tysięczne miasteczko. Tym razem nie opowiadałam córce o dawnym wojewodzie kieleckim z PSL, który mieszkał w Miechowie, (nazwisko wypadło z głowy,) nawet się nie dziwie bo to było naprawdę bardzo dawno w czasach „przebrzydłego” PRL. Ten właśnie wojewoda należał do świeckiego zakonu bożogrobców a bożogrobcy mieli tutaj w Miechowie swoja siedzibę od czasów średniowiecza.

Już Wolbrom, stąd pochodziła moja znajoma, sąsiadka z Kudowy, która długimi wieczorami opowiadała o swojej rodzinie wolbromskiej, szczególnie bracie, który pracował w dużym przedsiębiorstwie gdzie produkowano opony, ale i o tym jak tuż po wojnie przywieźli meble z Ziem Odzyskanych, do domu rodziców.(pamiętacie słowo „szaber”)

Powoli mijamy maleńką miejscowość  Pazurek, zawsze śmiejemy się z córką z tej śmiesznej nazwy, przy okazji ona wspomina grzybobranie ze swoim pierwszym mężem. Potem już w domu, znawca grzybów, jej Tata Tadeusz ocenił wszystkie zebrane przez nich grzyby, jako niejadalne.

A potem już Rabsztyn. To miejsce owiane legendami, bo przecież znajdują się tu ruiny zamku z czasów średniowiecza. Byłam tu wiele razy, w młodości bez trudu pokonywałam wysokie wzgórze, ostatnio zatrzymuje się u podnóża góry. Ileż to różnych wspomnień związanych mam z tym zamkiem i najstarszą restauracją, która powstała w czasach niesłusznie minionych. Była to własność jakiegoś towarzystwa turystycznego. Cieszyła się wielkim powodzeniem, hotel uważany był za ekskluzywny.

 Przez całe lata oglądaliśmy z okien samochodu, ruiny tego wielkiego zamku, który od XIII wieku był   warownią obronną, a w wieku XVII stał się  rezydencją renesansową. Szwedzi mieli duże „zasługi” w doszczętnym zrujnowaniu zamku. Od tego czasu, ulegał co raz większemu zniszczeniu. Dopiero kilka lat temu rozpoczęto działania, w celu zabezpieczenia murów i ważniejszych elementów. A wiosną tego roku oddano ten stary – młody zabytek, za opłatą, dla turystów.

Wjeżdżamy do Olkusza, srebrnego miasta. Od trzech lat zatrzymujemy się na stacji benzynowej Orlenu i w sposób „nowoczesny” jemy drugie śniadanie zapiekanka lub hood dog. Dla wygody nie wieziemy z sobą kanapek, ani nogi kurczaka, ani suchej kiełbasy i ogórków, które z apetytem jadłyśmy przed wejściem na cmentarz. Nowe czasy, nowe zwyczaje.

Wjeżdżamy na teren Zagłębia Dąbrowskiego. Wspominamy czasy budowy Huty Katowice. Jest już Zagórze, które z dzieciństwa pamiętam jako miejsce pól uprawnych a dzisiaj stanowi dużą część miasta Sosnowiec. Tym razem nie pojedziemy na grób Edwarda Gierka (spoczywa w Zagórzu) bo czasu niewiele, dzień krótki a przecież odwiedzać będziemy wiele grobów ludzi nam bliskich. Na cmentarzu wszystko jak dawniej, ale zaskoczyła nas mogiła kolegi Miruni z czasów wczesnego dzieciństwa Rysia. Mirunia od najwcześniejszych lat przyjeżdżała z Kudowy Zdroju do babci Czesi. Bawiła się z różnymi dziećmi z Rysiem też. Pewnego dnia na ścianie pokoju babci, będącym tuż po malowaniu, znalazł się duży, przepiękny rysunek. Pociąg z długim, bardzo długim dymiącym kominem. Twórcami tego rysunku byli Rysiu i Mirunia.

Grób Mamy, Taty, Tadzia, babci Antosi, cioci Walerii i Wujka Walentego, znajomi –Zenek,  moja koleżanka Wanda ze szkoły, nauczycielka biologii pani Izydora, żołnierze radzieccy i inn.

Końcówka naszej „wycieczki cmentarnej”, muszę odwiedzić swoja przyjaciółkę, znamy się 80 lat (tak 80!!!), jest chora, chora bardzo. Czy doczekamy następnego roku Halinko?

To działo się 77 lat temu!

Staram się tam być każdego roku, aby spotkać się z ludźmi, którzy podobnie myślą i czują jak ja. Piszę o Gruszce, miejscu gdzie w dniach 29- 30 września 1944r stoczono wielką bitwę z Niemcami. Partyzanci Armii Ludowej (brygada AL. Ziemi Kieleckiej, „Świt”, „Wolność”, „Zwycięstwo”, zgrupowanie  AK, partyzanci radzieccy). Wszystkich było około 1500 żołnierzy. Po stronie niemieckiej walczyli Kałmucy, Kozacy, policja niemiecka i zapasowe oddziały Wermachtu w ilości 6000 osób. Zgrupowaniem partyzanckim dowodził mjr Henryk Połowniak. Zgrupowanie  zostało otoczone  z wszystkich stron, dzięki brawurowej walce partyzanci wydostali się z okrążenia. Wcześniej bo w dniach 25 i 27 samoloty radzieckie dokonały  zrzutu broni dla partyzantów. W wyniku walk doszczętnie zostały spalone wsie Jóźwików, Gruszka, Gać. Niemcy wspierani byli przez czołgi i artylerię. Zginęło wiele cywilnych osób, były straty po stronie partyzanckiej, zabitych 50 osób, rannych 70 ,niemieckie straty wyniosły 200 osób.

Od zakończenie wojny, każdego roku w tym miejscu odbywają się uroczystości upamiętniające to ważne wydarzenie na Ziemi Świętokrzyskiej. Brałam udział w wielu spotkaniach. Miały one różny charakter, Początkowo przyjeżdżali partyzanci, ich rodziny, mieszkańcy okolicznych wsi, przedstawiciele Ambasady Radzieckiej w Polsce, ludzie z różnych organizacji lewicowych. Z biegiem czasu  autentycznych bohaterów zabrakło, podzielili los swoich kolegów partyzantów, umarli, przykryła ich rodzinna ziemia. O bohaterach jednakże nie zapomnieli ludzie lewicy. Spotykali się, aby uhonorować bohaterów tamtych czasów. Postawili pomnik, a na tablicy wyryto takie zdanie „ Cześć i chwała żołnierzom A.L i partyzantom radzieckim, którzy w tej okolicy w dniach 29 – 30 .1944r. stoczyli zwycięską bitwę z hitlerowskim najeźdźcą”. I tak mijał rok po roku, Aż kilka lat temu okazało się, że niewielki pomnik stojący na skraju  lasu zaczął przeszkadzać, zburzono i schowano. Dziś wiemy kto i dlaczego to uczynił. Są to ludzie, którym prawda przeszkadza. Na miejscu pomnika postawiono brzozowy krzyż i przy tym krzyżu odbywają się uroczystości. Od trzech lat słyszę zapewnienia, że pomnik wróci na swoje miejsce, mam jednak co raz mniej nadziei, że tak się stanie.

W tym roku pogoda była piękna, najpierw w kościele a potem przy krzyżu zebrało się wiele osób. Byli to przede wszystkim kombatanci Wojska Polskiego, ale także liczne grono ludzi, którzy serce mają po lewej stronie. Przedstawiciel wojska mjr Jedynak miał bardzo piękne i wzruszające przemówienie. Nie bał się mówić prawdy. Również ciekawe przemówienie wygłosił poseł na sejm Andrzej Szejna, człowiek urodzony na  ziemi koneckiej.

 Liczne sztandary pochylały się nad ziemią, na której zginęli prawdziwi bohaterowie a  wieńce i wiązanki złożone  pod krzyżem mówiły, że będziemy o nich pamiętać zawsze. Młodzi artyści grali i śpiewali wspominając czasy wojny. Patrzyłam ze wzruszeniem, szczególnie na tych młodych artystów, ale i na delegacje młodzieży, która dumnie składała wiązankę i nie wstydziła się pokazywać przypiętej plakietki, która  świadczy o tym , że są ludźmi nowej, młodej lewicy. Bądźcie naszymi następcami.

Parkowe spotkania

Jesień tuż, tuż. Zapewne niedługo zakończą się nasze środy w Parku Chęcińskim.  Park, chyba najmłodszy w kraju, bo otwarty został latem tego roku, stał się miejscem wypoczynku dla wszystkich: dzieci, młodzieży i osób starszych.

 Jedną z licznych inicjatyw kulturalnych burmistrza Roberta Jaworskiego, była propozycja organizowania spotkań w parku dla osób starszych. Nasz Uniwersytet propozycje przyjął z radością i stał się organizatorem środowych spotkań. Zupełnie niespodziewanie, przynajmniej dla mnie, o godz. 16,00 zjawia się duża grupa osób, zasiada na ławach, krzesłach i leżakach w jednej z wybranych altan. Czekając na rozpoczęcie, słychać rozmowy i różne dyskusje. Każdą imprezę przygotowują członkowie uniwersytetu. Najczęściej przedstawiają wyniki własnej działalności artystycznej (wiersze, proza, piosenki itp.)

 Na pierwszym spotkaniu czytane były  limeryki i lepieje.( Zosia, Marta) na następnym  legendy świętokrzyskie,( Stasiu, Helenka, Zosia, Włodek) jeszcze na innym kol. Ela recytowała swoje wiersze, a jeden z nich dedykowała burmistrzowi, który też wręczyła adresatowi podczas spotkania. Za tydzień kol. Wanda recytowała swoje okolicznościowe wiersze a zespół śpiewaczy Zelejowianki śpiewały piosenki. Spotkanie zakończyło się wspaniałym poczęstunkiem, który przygotowały Zelejowianki.

 W następną środę nas uniwersytecki muzyk, harmonista Edward śpiewał z nami różne pieśni i piosenki biesiadne. Abyśmy  nie zapomnieli dalszych zwrotek a tak w zasadzie często się dzieje, wydrukował mały śpiewnik, który każdy pod koniec otrzymał na pamiątkę.

 Ostatnio ja ze swoją córką przygotowałyśmy spotkanie. Składało się ono z dwóch części, pierwsza smutna i poważna, druga komiczna i wesoła. Ja wspominałam czasy wojny i okupacji, ponieważ był to 1 wrzesień, dzień rozpoczęcia  II wojny światowej. Wspomnienia oparłam o swoją książkę „Nie warto było?” a w drugiej części córka recytowała swoje wiersze dla dzieci o kotach, były też wiersze dla dorosłych. Spotkanie zakończyła loteria książkowa, na którą złożyły się książki moje i córki, losowało aż 50 osób.

 W tą środę tzn. 15 września b.r. będzie podwieczorek, który przygotowują uczestniczki spotkania. Już Jadzia szykuje obrusy i kuchenne akcesoria, które rozłoży na zielonej trawce, a ja  przygotowuję sałatkę Waldorfa. Czy będzie smakować, zobaczymy. Myślę, że podzielimy się swoimi przepisami. Liczę, na to że będzie smacznie i wesoło.

A te zdania piszę już po zakończonej imprezie. Przybyło na spotkania ponad 30 osób, było bardzo miło. Nie tylko jedliśmy pyszności, ale śpiewali i tańczyli przy dźwiękach harmonii  kol.  Edwarda. Jadzia organizatorka spotkania, poczęstowała ciastkami, dzieci, które bawiły się w pobliżu. Trudno było się rozejść.

Nikt nie spodziewał się, że nasze środy będą takie piękne, pożyteczne i że przyjmą się przez dużą część starszej społeczności chęcińskiej. Powoli zbliża się październik, miesiąc kiedy Uniwersytet rozpocznie systematyczne swoje zajęcia, letnie  środowe spotkania musza poczekać do  następnego roku.

Zdjęcia z naszego środowego spotkania.Z racji pogorszenia pogody spotkanie odbyło się w holu Domu Kultury i Sportu.

Spotkanie po 55 latach

Nie mogłam uwierzyć, że Wiesiu przyjedzie do mnie z dalekich Niemiec. To było wprost nieprawdopodobne. Ileż to uczniów pamięta o swoich nauczycielach po takim czasie. Przyznacie, że niewielu.

Zapukał do drzwi. Otwierając zobaczyłam wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę. To był on Wiesiu.

Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz miał zapewne nie więcej jak 7-8 lat.  Znałyśmy się z jego matką Teresą, też nauczycielką. Uczyła w jednoklasowej szkole w Dańczowie w pobliżu Kudowy. Czasami bywałam u nich, przyjeżdżała też moja córka Mirunia. Bawili się wspólnie i co tu mówić lubili się. Nie zapomnę nigdy wspólnej wyprawy na grzyby. Zdolności w tym kierunku to ja niestety nie miałam. Tereska wprost przeciwnie. Grzyby po prostu same wędrowały do jej koszyka. Ponieważ to była pani „dobrze wychowana” nie chciała pozbawić mnie  przyjemności zbieracza. Tak mimo chodem, chodziła koło grzyba, aż ja sama go  dostrzegłam i z radością ogłaszałam, że znalazłam i podnosiłam do swego koszyka.

Chłopcy rośli (Wiesiu miał brata) i po skończeniu „jednoklasówki”, przyszli do mojej szkoły gdzie byłam kierowniczką (dyrektorów wtedy nie było).  Uczyłam go geografii. Chłopcy skończyli szkołę podstawową a ja w tym czasie wyjechałam z Kudowy do Czerwonej Góry. Kontakty z chłopcami urwały się, ale dość długo utrzymywałam kontakt z Teresą, która niestety po pewnym czasie umarła.

Czas płynął, do Polski wkraczała komputeryzacja. Zapoznałam się z laptopem, trochę czytałam, nieco więcej pisałam, znalazłam się na Facebooku. Pewnego dnia zobaczyłam nazwisko Wiesia. Dowiedziałam się, że mieszka w Niemczech. Śledziłam jego życie. Szczegółów oczywiście nie znałam, ale wiedziałam, że przemierza tysiące kilometrów, potem był chory, znalazł się w szpitalu, potem był ogród a w nim kwiaty i rozliczne zioła, widziałam przez niego złowione ryby, oglądałam jego różne potrawy i wypieki.

Pięć  a może 4 lata temu powiedział, że czasami przyjeżdża do Polski, do swoich kolegów klasowych z Legnicy, wówczas zaproponowałam przyjazd i do Czerwonej Góry. Czas upływał,  nie miałam zapowiedzi przyjazdu. Aż w lipcu tego roku, otrzymałam wiadomość że przyjedzie 9 lipca. Ucieszyłam się, ale i zdziwiłam bo tego dnia są moje urodziny i to nie byle jakie bo 86. Czyżby pamiętał, to przecież niemożliwe! Tak pamiętał, wiedział i chciał przyjechać w tym właśnie dniu. Serce mi biło mocno, nie mogłam się doczekać, chciałam bardzo go zobaczyć i porozmawiać o wszystkim: Kudowie, Dańczowie, szkole, kolegach szkolnych, których znałam, jego mamie, o jego życiu w Niemczech, o wszystkim.

Wszystko się spełniło, rozmowy przy stole były długie i ciekawe, częściowo uczestniczyła w nich jego koleżanka a moja córka Mirunia (przyjechała z Buska). Ogromny bukiet kwiatów i upominki sprawiły mi przeogromną radość. Jeszcze dzisiaj kiedy to pisze (minął ) tydzień patrzę z rozrzewnieniem na umierające kwiaty.

Poszliśmy do Jaskini Raj, chciał zobaczyć to miejsce gdzie mój mąż pracował a którego Wiesiu przecież znał w czasach szkolnych. Wzruszyła go tablica pamiątkowa poświęcona memu mężowi jako pierwszemu kierownikowi jaskini i przewodnikowi.

Wyjechał w dalszą podróż na wschód do szkolnego kolegi.

Minęło kilka dni od jego wyjazdu a ja jestem ciągle wzruszona. Wiedziałam zawsze, że pamięć jest ważna, nie wiedziałam jednakże że ważna jest aż tak bardzo.

Dziękuje Ci Wiesiu. Bądź zdrów.

Nasturcje

Wydaje mi się, że to kwiaty zapomniane, w moim co prawda maleńkim ogrodzie działkowym nie zauważyłam, aby ktoś siał nasturcje, poza mną. Na mojej działeczce

z roku na rok, właściwie nie sieję a zasiewają się same a potem cieszą mnie ich barwy –  żółto -pomarańczowe.

Każdego roku kiedy przychodzi ich czas kwitnienia, wspominam dawne kudowskie czasy. Mieszkałam przy ul. Zdrojowej 43 na drugim piętrze, nade mną mieszkały dwie, jak mi się wtedy wydawało, nie pierwszej młodości panie. Starsza pani po jakimś czasie umarła, młodsza została. Powoli, zupełnie niepostrzeżenie zaprzyjaźniłyśmy się. Odwiedzałam jej skromne mieszkanko, które po pewnym czasie okazało się, że takim skromnym nie było.

Na wszystkich ścianach wisiały obrazy, przywiezione po wojnie ze Lwowa. Podczas transportu, panie jadąc na Ziemie Zachodnie zostały okradzione, jednakże złodziej zostawił walizkę licząc zapewne, że są tam rzeczy osobiste a nie srebra rodzinne oraz starannie zapakowane obrazy. Wśród obrazów dominowały konie, był ogromnych rozmiarów portret olejny właścicielki, wisiały liczne obrazy kwiatów, wśród nich róże i nasturcje. Jak potem dowiedziałam się wszystkie obrazy namalował prof. Kazimierz Sichulski,(1879 -1942) malarz, karykaturzysta, związany swego czasu z Młodą Polską, który początkowo pracował we Lwowie a potem na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Profesor był wielką, jedyną i niepowtarzalną  miłością pani Heleny.

W każdą wiosnę do skrzynek okiennych sadziła, takie jak na obrazie, nasturcje żółte, pomarańczowe, czerwone. Kwitły do jesieni.

Kiedy wszystko się zmieniło, kiedy pani Helena umarła, kiedy ja wyjechałam z Kudowy, pozostały po niej dwie pamiątki, obraz „Róże w wazonie”, którym obdarowana zostałam po jej śmierci,  przez kuzyna pana prof. Huberta. i te nasturcje rosnące w moim ogrodzie, które przypominają mi panią Helenę, obraz K. Sichulskiego „Nasturcje” i tą poetycką aurę,  związaną z tym skromnym kwiatem.

Dopiero nie tak dawno dowiedziałam się, że nasturcje to nie tylko piękne kwiaty, ale ze wszech miar służą zdrowiu, można je dodawać do sałatek, maceratów i nalewek.

PS. Obrazy pani Heleny po jej śmierci, zgodnie z jej wolą, powędrowały do Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Szczawnica, och Szczawnica

 

Kiedy nasze władze uniwersyteckie (Czyt. Chęciński Uniwersytet Trzeciego Wieku) ogłosiły zapisy na wczasy do Szczawnicy, zastanawiałam się głęboko, jechać czy nie jechać. „Za” przemawiało wiele – piękno Szczawnicy, spotkanie z długo nie widzianymi  koleżankami i kolegami (pandemia). Ale i wiele było przeciw. Dość długa jazda nie sprzyja przecież choremu kręgosłupowi. Góry też nie są najlepsze dla staruszki, bo przecież więcej jest pod górkę niż z górki. Trudno było mi się zdecydować, ale ostatecznie postanowiłam jechać, by zobaczyć jak zmieniła się Szczawnica po 22 latach nieobecności, ponadto jechała moja „przyszywana” córka Zosia i przyjaciółka Marysia.

W drodze towarzyszyła mi myśl, o domu w którym spędziłam miło kilkanaście dni w roku 1999 a także sanatorium Budowlani do którego codziennie rankiem chodziłam na basen. Mój dom nazywał się Hutnik i był budowany z myślą o  ciężko pracujących ludziach w polskich hutach.

W słoneczne, niedzielne przedpołudnie wybrałyśmy się z Zosią w te rejony Szczawnicy. Od miejscowych Szczawniczan dowiedziałam się wcześniej, że Hutnika to już dawno nie ma, ale ten najwyższy dom w Szczawnicy, zbudowany ze szkła i stali a który nazywa się Grand Pieniny, to właśnie dawny Hutnik. Stanęłyśmy przed nim, rzeczywiście wielki i wspaniały, jest na dokończeniu, myślę że za niedługo otworzy swoje podwoje. Powoli prawie tą samą drogą, którą pokonywałam 22 lata każdego ranka by móc się wykąpać,  szłyśmy w kierunku Budowlanych. To co rzuciło mi się w oczy a w właściwie w nogi, to odległość,  zmieniła się diametralnie. Wówczas przebiegałam tą trasę w kilka minut, tym razem droga  była długa, bardzo długa i trzeba było przysiadać na ławeczkach, aby dotrzeć do Budowlanych. Budowlany wypiękniał, dobudowano budynek dla SPA, otoczenie i widoki wspaniałe, takie jak dawniej. Ta droga, którą przebyłam z Zosią powiedziała mi co to znaczy różnica 22 lat.

Główny cel mojego przyjazdu został spełniony, ale poza tym było tyle piękna, tyle zwiedzania, tyle atrakcji, że nawet przez chwile nie pomyślałam, że zrobiłam źle.

Do najpiękniejszej wycieczki uważam spływ Dunajcem, pierwszy raz płynęłam jako 15 letnia uczennica, drugi parę lat temu z  „przyszywanymi córkami” Tereską i Elą. I teraz trzeci raz. I tak jak pierwszy spływ w deszczu , następny we mgle, ten trzeci w słońcu, one wszystkie były wspaniałe, niezwykłe. Gdy doda się miłe towarzystwo, i gadki góralskie flisaków, to czegóż trzeba więcej. Potem była Niedzica i Czorsztyn i płyniecie po spokojnym Zalewie Czorsztyńskim patrzenie na zaporę wodną. Ach te widoki, cudowne i niezapomniane.

Również niezwykła jest rzeka przepływająca przez Szczawnicę Grajcarek. Wzdłuż pięknych nadrzecznych bulwarów tysiące ludzi, spacerujących, jadących na rowerach, biegających i tak jak ja siedzących nad brzegiem, rozmyślając nad tym co mnie otacza a także o tych, którzy podróżują na szczyt Palenicy wyciągiem krzesełkowym.

Nasze ogniska. Było ich aż 3. Dojście jak dla mnie dość trudne. Zrezygnowałam z ostatniego. Gdybyście moi mili zobaczyli te nasze ogniskowe zgromadzenia, to nikt by nie pomyślał, że  bawi się „trzeci wiek”. Śpiewy, tańce, do upadłego,( nawet ja poproszona byłam do tańca) a potem radosne powroty.

Co mnie dodatkowo ucieszyło, ale i urzekło. Zabudowa, ta stara, ale i ta nowa nawiązująca do budownictwa góralskiego. Ileż tu nowych domów i one wszystkie czekały na turystów, którym pandemia nie pozwalała przyjechać. Teraz gospodarze liczą na wielkie przyjazdy, widać już że turystów jest co raz więcej.

Bardzo spodobały mi się tablice umieszczone na zabytkowych obiektach, które powstały dzięki PTTK. Dowiedzieliśmy się z nich, że ważnymi postaciami dla Szczawnicy był Jan Ditel rektor UJ,  założyciel Szczawnicy Węgier Szalay, Jan Wiktor pisarz pieniński i wielu innych.

Dziękuje organizatorom i wszystkim innym dzięki,  którym pobyt staruszki był piękny i niezapomniany.

Pan Andrzej

Nie zawsze noc służy do spania. Bywa  a szczególnie w pewnym wieku, że noce służą do rozmyślań, ewentualnie do czytania. Tak było z wtorku na środę. Sen nie przychodził. Cóż  robić. Zajrzałam na Facebooka. Nagle wśród różnych informacji, widzę wpis naszego Uniwersytetu, z którego wynika, że żegnamy Andrzeja. Zastanawiam się, jaki Andrzej, który Andrzej, by  następne linijki powiedziały, że chodzi o Pana Andrzeja Kadłubka. To był prawdziwy szok. Niemożliwe, jeszcze raz niemożliwe !

 Czytam jeszcze raz i jeszcze raz, o tym że był wychowawcą młodzieży, że geografem, dyrektorem, że przewodnikiem, pilotem wycieczek, działaczem Towarzystwa Teatralnego w Kielcach, że przyjacielem Chęcińskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Powoli zrozumiałam, że chodzi o Niego.

Szczęśliwi ci, którzy go znali dłużej i z nim pracowali. Ja tego szczęścia nie miałam, choć znałam go że tak powiem „zaocznie”. Mąż mój Tadeusz, będąc kierownikiem jaskini Raj, często mówił, że na dyżurze przewodnickim był pan Kadłubek. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo na dyżury przychodziło wielu przewodników, ale o nim mówił w sposób niezwyczajny, bo Pan Andrzej wyróżniał się pod każdym względem a szczególnie sposobem prowadzenia grup wycieczkowych. Wiedzę przekazywał językiem prostym i zrozumiałym dla wszystkich. Umiał zachęcić do poznawania naszej gminy i naszych zabytków. Robił to z wielkim zaangażowaniem i niezwykłą erudycją.

 Często wybawiał Tadzia z  kłopotu, kiedy niespodziewanie któryś z przewodników nie przyszedł na dyżur. Wtedy dzwonił i pan Andrzej za pół godziny zjawiał się. Myślę, że było to w tym czasie kiedy pracował jako kierownik internatu i miał czas pracy nienormowany a może i wtedy gdy był dyrektorem szkoły.

Tadziu odszedł, nie wiem czy pan Andrzej przychodził jeszcze na dyżury przewodnickie, ale i do mnie uśmiechnęło się szczęście, że mogłam go poznać osobiście.

Zostałam prezesem Chęcińskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Zastanawialiśmy się z Panem Burmistrzem Robertem Jaworskim nad przebiegiem inauguracji pierwszego roku akademickiego 2016/17 i nad osobą, która prowadziłaby to wielkie gminne wydarzenie. Pan burmistrz zaproponował pana Andrzeja, cóż mogłam mówić, bo przecież nie zaprzeczać, możliwości pana Andrzeja wtedy jeszcze osobiście nie znałam, ale wierzyłam burmistrzowi.

Na pół godziny przed rozpoczęciem zjawił się pan Andrzej. Przystojny, elegancki, wytworny. Kiedy otworzył usta, wiedziałam że to był strzał w dziesiątkę. Prowadził, pięknie, gładko, z wielkim wyczuciem, mówił pięknym polskim językiem.

Od tego czasu był wielce pomocny we wszystkim. Prowadził wiele naszych wycieczek, nie sposób zapomnieć pierwszej  wycieczki na  Królewski Zamek, na Karczówkę, do kościoła św. Wojciecha w Kielcach, na Święty Krzyż i wiele, wiele innych. Wracałam z nim z zamku. Opowiadał o swoich wojażach, zachęcał do poznawania świata, zapewniał o swojej pomocy przy organizacji wyjazdów.

Nasi słuchacze  wspominali  i wspominają wyjazd wakacyjny z Panem Andrzejem nad morze, do Mrzeżyna. Uważają że  dzięki Niemu poznali tak naprawdę zachodnie wybrzeże Bałtyku.

W tym roku w czerwcu mieliśmy z nim jechać na pobyt wakacyjny do Szczawnicy. My pojedziemy, ale już bez Niego. Jaki smutek, jaka przykrość, jakie nieszczęście !

Wiele razy prosiliśmy go również o wykłady na naszych czwartkowych spotkaniach. Jeden z wykładów dotyczył Indii. Zajęcia rozpoczęły się, jak zwykle mówił pięknie, ciekawie, dokumentując swoje wypowiedzi slajdami i filmami. W pewnej chwili zgasło światło i to na dłużej. Co w takich chwilach robią słuchacze ? Idą do domu, prawda? Nasi słuchacze odchodzić nie chcieli, słuchaliśmy z uwagą przy świetle licznie zapalonych komórek. Nie potrzebne były mu kartki i notatki. Do dziś pamiętam wiele informacji o tym wielkim kraju, ale i anegdotki, które opowiadał. Jedna z nich dotyczyła hotelu w którym był zakwaterowany, i jak mówił razem z karaluchami a także opowieści o świętych indyjskich krowach ale i świętych szczurach.

Ponad rok temu mówił mi, że zamierzał pojechać do Chin, wszystkie formalności były załatwione, ale wtedy pojawił się Wuhan. A potem pandemia ogarnęła cały świat. Ten sam wirus, który nie pozwolił Mu jechać do Państwa Środka, zabił go w szpitalu tymczasowym w Kielcach.

Żegnamy Cię Andrzeju z wielkim bólem w sercu.