W tych dniach otrzymałam miłą i ciekawą wiadomość. Pisał do mnie nieznajomy, młody człowiek, 15-letni chłopak, mieszkający w znanej mi dobrze okolicy, w Dańczowie koło Kudowy Zdroju. Jak z meila dowiedziałam się ma na imię Kamil. Pisał, że ciekaw jest historii swojej wsi a dowiedział się, że ja w dawnej przeszłości tu mieszkałam i pracowałam. Liczy bardzo na różne wiadomości a także zdjęcia jeżeli takowe mam. Uradowałam się bardzo, bo miło mi zawsze gdy dowiaduję się, że młodzi ludzie zainteresowani są nie tylko sprawami dnia codziennego, ale jeszcze czymś ważniejszym.
Poniżej zamieszczam jeden z podrozdziałów mojej książki „Nie warto było? PRL moja młodość” wyd. w roku 2006., który nosi nazwę „Praca nauczycielska w „jednoklasówce” w Gołaczowie (1953/54). Piszę to głównie dla Kamila, a może znajdą się i inni, których zainteresuje temat.
„ Przyjechałam do Wydziału Oświaty w Kłodzku, gdzie zaproponowano mi pracę w wielu szkołach, a także w Kudowie Zdroju. Ja jednak wybrałam małą szkołę w Gołaczowie, położoną 8 km. od Kudowy. Poszłam do szkoły pieszo, autobusy na tej trasie nie kursowały. Można było iść ładną drogą, przez Jeleniów i Dańczów, można też był iść górami, wtedy droga była krótsza, ale bardziej uciążliwa. Wybrałam te pierwszą.
Okazało się, że 8 km. to dużo, dotarłam do szkoły zmęczona. A kiedy przed moimi oczami ukazał się budynek szkolny, byłam zachwycona. Zastałam jeszcze dotychczasowa nauczycielkę i zarazem kierowniczkę szkoły, panią Bissinger, która pakowała ostatnie swoje rzeczy. Przeprowadzała się do innej, też małej szkoły koło Kłodzka, Ławicy. Przekazała mi nieliczne dokumenty oraz klucze do szkoły i mieszkania, po czym wyjechała. Zostałam sama.
Wyszłam przed budynek, powitał mnie szum potoku, który płynął tuż przed szkołą, oraz powiew górskiego wiatru. Przed szkołą był niewielki, zaniedbany ogródek z kilkoma krzakami porzeczek. Na podwórku stał niewielki, okrągły budyneczek, była to ubikacja szkolna. Z ganku weszłam jeszcze raz do budynku, aby lepiej przyjrzeć się mojej siedzibie. Po prawej stronie drzwi prowadziły do mieszkania nauczycielskiego, po lewej do jedynej izby lekcyjnej. Mieszkanie było imponujące, na parterze była kuchnia, spiżarnia i dwa pokoje. W spiżarni na półce stały trzy pełne weki. Drewnianymi schodami wchodziło się na piętro, gdzie znajdowały się trzy pokoje. Piwnica przeznaczona była na składowanie węgla i drzewa na opał.
Mieszkanie było brudne i zaniedbane, wymagało natychmiastowego remontu. Pojawiły się we mnie pierwsze wątpliwości. W pewnej chwili do mieszkania wszedł mężczyzna, był to woźny szkolny, pan Warniło. Mieszkał w budynku obok szkoły. On to mi powiedział, ż w „niczyjej „ stodole , niedaleko szkoły, znajduje się szafka. Okazało się, że była to stara, bardzo zniszczona biblioteczka. Służyła mi przez cały rok.
Zastanawiałam się , skąd wziąć niezbędne sprzęty. O kupnie nie było mowy. Zupełnie niespodziewanie z pomocą pospieszył mi dawny zakład pracy, Uzdrowisko Kudowa. Przywieziono mi łóżko, leżankę, stół, cztery krzesła, szafę, oraz piękny obraz. Urządziłam sobie jeden pokój.
Pod koniec sierpnia pan woźny, ze swoją żoną Zofią porządnie wysprzątali klasę szkolną. Były w niej tylko ławki, katedra i jedno krzesło. Podczas pracy zapytali mnie, czy mi wiadomo, że do szkoły należy duży kawałek łąki w górnej części wsi. Nie wiedziałam.
Zapoznałam się z dokumentacją szkolną, z której wynikało, że do szkoły należą następujące wsie: Gołaczów, Darnków, Kulin, rozrzucone na przestrzeni 7 – kilometrów. Policzyłam uczniów, którzy mieli przyjść do szkoły 1 września, było ich zaledwie 17.Nauka miała odbywać się w tzw. klasach łączonych, klasa pierwsza z trzecią, i druga z czwartą. W liceum na lekcjach dydaktyki niewiele mówiono o tym sposobie nauczania, jednakże wierzyłam, że sobie poradzę. Ciekawa byłam, jacy to będą uczniowie i jacy rodzice. Przygotowywałam się do rozpoczęcia nauki. C.d.n.







