Droga E-7

Dni biegną jak szalone. Od dnia zmarłych upłynął już tydzień a ja ciągle myślami jestem w drodze, na cmentarz do Sosnowca.

 Minęło pół wieku gdy tą drogą niezmiennie (nie taką samą ) jedziemy. Początkowo gdy rodzice moi jeszcze żyli, jeździliśmy raz lub dwa razy w miesiącu. Potem gdy zabrakło taty a potem mamy, podróże stawały się rzadsze, dwa, trzy razy w roku i tak jest do dziś. A kiedy zabrakło i Tadzia (męża) jedziemy z córką mniej więcej z tą samą częstotliwością. Obowiązkowo na Wszystkich Świętych. Jakże mogło by być inaczej. Jedziemy samochodzikiem i  wspominamy, dokładnie tak samo jak  wczoraj, i jak przed laty.

Jeszcze nie tak dawno do samochodu zabierałyśmy akcesoria służące do sprzątani: wiadro, szmaty, szczotki, środki czyszczące, kwiaty, wiązanki, długie wieńce, które sama plotłam, a które otaczały cały duży pomnik, no i oczywiście światła. Po dwóch i pół godzinach jazdy( dzisiaj wystarczą 2 godziny, droga nie ta, zdecydowanie lepsza), wysiadałyśmy sprzątając i szorując nagrobek. Od pewnego czasu, kiedy to stałam się autentycznie starszą panią, sprzątanie przekazała córka firmie sprzątającej, która ze swoich obowiązków wywiązuje się zupełnie dobrze.  Tym razem wieziemy ze sobą tylko wiązankę wykonaną już nie przeze mnie a znawczynią tego rzemiosła z Chęcin, resztę kupi się przed cmentarzem.

Wspomnień nie brakuje. Mówimy o tym samym co rok temu, 10 i 20 lat temu. Droga dobra, jest ciepło i słonecznie. Samochodów niewiele jedzie w tym samym kierunku co my, znacznie więcej w przeciwnym. Wiemy dlaczego tak się dzieje, otóż są to ludzie  ze Śląska i Zagłębia, którzy w minionych latach będąc mieszkańcami biednej Ziemi Świętokrzyskiej,  przyjechali tutaj  w poszukiwaniu pracy i znaleźli ją w licznych zakładach, głównie w Hucie Katowice, a działo to się szczególnie w dobie Gierkowskiej. Jadą by odwiedzić groby swoich bliskich.

Przed nami różne drogowskazy – Jędrzejów, Wolbrom, Skalbmierz, Tunel itp. Nie mogę nie przypomnieć córce, która o tym już dobrze wie, że tutaj w okupację moja mama przyjeżdżała na handel. Trzeba było jakoś żyć, a na wsiach,  w domach chłopskich można było czasami wymienić artykuły kupione nielegalnie u  Żydów, (zanim ich nie stracono w obozach), na chleb, mąkę, fasolę, kaszę.

Powoli zbliżamy się do Książa Wielkiego. I tu następne wspomnienia. Tą drogą w latach, 80 ale i 90-tych jeździłam służbowo do Krakowa. Bywało, że jechałam z prof. Henrykiem Belowskim przewodniczącym Rady Programowej Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Kadr Medycznych w Kielcach, którego byłam dyrektorem, na spotkania szkoleniowe do Akademii Medycznej. Pewnego dnia jadąc tą droga i będąc przed Książem Wielkim, profesor zaczął ciekawie i barwnie opowiadać o swoich polowaniach na króliki. Byłam zdziwiona, dotychczas myślałam że poluje się na zające, ale żeby na króliki? Profesora już dawno nie ma wśród żywych, jego urna z prochami dość długo gościła w  domu, zanim znalazła miejsce na cmentarzu. O tym niezwykłym człowieku myślę często, bo był wzorem, bardzo dobrego, mądrego i życzliwego człowieka, poza tym był wspaniałym chirurgiem i  uczonym.

Już jest Książ Wielki – tu na początku wieku XX urodziła się moja chrzestna Emilia, która długie lata żyła w Sosnowcu na tzw. Szywałówce, by swoja drogę życiową zakończyć na cmentarzu Niwka Modrzejów. Z dala widnieją wieże starego zamku, który  zwiedzałam w czasie gdy zamek był siedzibą szkoły.

Przy drodze już od dawna stoi restauracja Zameczek. Dawny brzydki dom w którym też była restauracja i hotel, nowi właściciele prawdopodobnie Świadkowie Jehowy, zamienili w prawdziwy zameczek, otoczony niezwykłym ogrodem. Wiele razy  zatrzymywaliśmy się z Tadziem, Mirunią, Anią, gdzie jedliśmy różne, najczęściej regionalne potrawy, ale  wspominamy najczęściej  gruszki w sosie waniliowym. Przed restauracją stoi wiele samochodów. Znają renomę tej restauracji.

Zatrzymywaliśmy się tutaj i wcześniej, w tej brzydkiej, starej restauracji, ale to z siostrą Irenką i szwagrem Zenkiem, by zjeść karpika lub doskonałego tatara. Oni  już jechać nie mogą, nie mogą z nami wspominać, gdyż  dawno umarli by patrzeć na nas z tego „w lepszego świata”.

Jedziemy w kierunku Miechowa. Krajobrazy piękne, faliste wzgórza, ziemia doskonała, jak w szkole uczono pszenno- buraczana. Jeszcze widzimy pola nie ściętej kukurydzy i kapusty, dominuje kapusta, bowiem jest to prawdziwe zagłębie kapuściane. I tak od zawsze. Całe lata kupowałam z siostrą Irenką kapustę, najpierw główki, potem już szatkowaną, którą w domu wkładałam z przyprawami do słoików i kisiłam, była na całą zimę. Od paru lat już nie kupuję, chociaż stoisk z kapustą i innym warzywami przybyło, nie kupuję i nie kiszę, bo ile potrzeba kapusty dla jednej osoby, no ile?

Do Miechowa nie wjeżdżamy, bo nie tak dawno powstała nowa, dobra droga aby ominąć to 11 tysięczne miasteczko. Tym razem nie opowiadałam córce o dawnym wojewodzie kieleckim z PSL, który mieszkał w Miechowie, (nazwisko wypadło z głowy,) nawet się nie dziwie bo to było naprawdę bardzo dawno w czasach „przebrzydłego” PRL. Ten właśnie wojewoda należał do świeckiego zakonu bożogrobców a bożogrobcy mieli tutaj w Miechowie swoja siedzibę od czasów średniowiecza.

Już Wolbrom, stąd pochodziła moja znajoma, sąsiadka z Kudowy, która długimi wieczorami opowiadała o swojej rodzinie wolbromskiej, szczególnie bracie, który pracował w dużym przedsiębiorstwie gdzie produkowano opony, ale i o tym jak tuż po wojnie przywieźli meble z Ziem Odzyskanych, do domu rodziców.(pamiętacie słowo „szaber”)

Powoli mijamy maleńką miejscowość  Pazurek, zawsze śmiejemy się z córką z tej śmiesznej nazwy, przy okazji ona wspomina grzybobranie ze swoim pierwszym mężem. Potem już w domu, znawca grzybów, jej Tata Tadeusz ocenił wszystkie zebrane przez nich grzyby, jako niejadalne.

A potem już Rabsztyn. To miejsce owiane legendami, bo przecież znajdują się tu ruiny zamku z czasów średniowiecza. Byłam tu wiele razy, w młodości bez trudu pokonywałam wysokie wzgórze, ostatnio zatrzymuje się u podnóża góry. Ileż to różnych wspomnień związanych mam z tym zamkiem i najstarszą restauracją, która powstała w czasach niesłusznie minionych. Była to własność jakiegoś towarzystwa turystycznego. Cieszyła się wielkim powodzeniem, hotel uważany był za ekskluzywny.

 Przez całe lata oglądaliśmy z okien samochodu, ruiny tego wielkiego zamku, który od XIII wieku był   warownią obronną, a w wieku XVII stał się  rezydencją renesansową. Szwedzi mieli duże „zasługi” w doszczętnym zrujnowaniu zamku. Od tego czasu, ulegał co raz większemu zniszczeniu. Dopiero kilka lat temu rozpoczęto działania, w celu zabezpieczenia murów i ważniejszych elementów. A wiosną tego roku oddano ten stary – młody zabytek, za opłatą, dla turystów.

Wjeżdżamy do Olkusza, srebrnego miasta. Od trzech lat zatrzymujemy się na stacji benzynowej Orlenu i w sposób „nowoczesny” jemy drugie śniadanie zapiekanka lub hood dog. Dla wygody nie wieziemy z sobą kanapek, ani nogi kurczaka, ani suchej kiełbasy i ogórków, które z apetytem jadłyśmy przed wejściem na cmentarz. Nowe czasy, nowe zwyczaje.

Wjeżdżamy na teren Zagłębia Dąbrowskiego. Wspominamy czasy budowy Huty Katowice. Jest już Zagórze, które z dzieciństwa pamiętam jako miejsce pól uprawnych a dzisiaj stanowi dużą część miasta Sosnowiec. Tym razem nie pojedziemy na grób Edwarda Gierka (spoczywa w Zagórzu) bo czasu niewiele, dzień krótki a przecież odwiedzać będziemy wiele grobów ludzi nam bliskich. Na cmentarzu wszystko jak dawniej, ale zaskoczyła nas mogiła kolegi Miruni z czasów wczesnego dzieciństwa Rysia. Mirunia od najwcześniejszych lat przyjeżdżała z Kudowy Zdroju do babci Czesi. Bawiła się z różnymi dziećmi z Rysiem też. Pewnego dnia na ścianie pokoju babci, będącym tuż po malowaniu, znalazł się duży, przepiękny rysunek. Pociąg z długim, bardzo długim dymiącym kominem. Twórcami tego rysunku byli Rysiu i Mirunia.

Grób Mamy, Taty, Tadzia, babci Antosi, cioci Walerii i Wujka Walentego, znajomi –Zenek,  moja koleżanka Wanda ze szkoły, nauczycielka biologii pani Izydora, żołnierze radzieccy i inn.

Końcówka naszej „wycieczki cmentarnej”, muszę odwiedzić swoja przyjaciółkę, znamy się 80 lat (tak 80!!!), jest chora, chora bardzo. Czy doczekamy następnego roku Halinko?

3 uwagi do wpisu “Droga E-7

    1. Droga i kochana Olu! Ostatnio rzadko pisałam na moim blogu, ale zbliża się zima i będzie więcej czasu. Oglądam Twoje zdjęcia i zawsze jestem pod wrażeniem, są po prostu piękne. Jakie masz plany letnie, ja żadne. Moje zaproszenie jest ciągle aktualne.

      Polubienie

Dodaj komentarz